środa, 3 października 2012

Wąż Szydercy

Już dajmy spokój ostrygom... Dziś Szyder biegał z gumowym wężem (to tak na marginesie co Napieracze robią, gdy się nie wspinają). Panie Freud, co Pan by na to powiedział? ;)))

czwartek, 21 czerwca 2012

Ostatnie podrygi zdychającej ostrygi... czyli prawie końcówka zimy w Tatrach

Po dłuższej chwili przestoju, stwierdziłem, że należy podjąć wysiłek i ożywić naszego zdychającego bloga ;)* Jako, że było kilka wyjazdów o których warto wspomnieć, ostatecznie zdecydowałem, że opiszę nasze kwietniowe Tatry, jeszcze w warunkach zimowych. Początkowo chciałem zostawić to Zmierzwionemu, ale potem jednak uznałem, że on może trochę zagiąć rzeczywistość ze względu na swoje "występy" na skiturach, ale o tym później... do dzieła więc!


Wszystko zaczęło się w lutym, kiedy to przy rezerwacji miejsc w PolskimBusie (post od teraz zawiera lokowanie produktu;P), Zmierzwiony wyczaił tanie bilety do Zakopca w połowie kwietnia - po szybkiej akcji telefonicznej mieliśmy 5 miejsc po ok. 50zł w dwie strony! Szał n' Szok! ;)
O 7 rano 14 kwietnia wylądowaliśmy w Zakopanem w składzie Ja (Szydera), Zmierzwiony, Grzegrzół, Ricardo oraz świeżak w naszej ekipie (aczkolwiek doświadczony górski biegacz) Łukasz a.k.a Smogo. Jako cel wybraliśmy Tatry zachodnie z noclegiem w schronisku w Dolinie Chochołowskiej. Pogoda niestety nie zapowiadała się ciekawie. Pominę część dojścia do schroniska, gdyż nie była ona wybitnie pasjonująca pomijajać fakt, że Zmierzwiony pokonywał ją na skiturach (możemy się tylko domyślać jak to wyglądało, biorąc pod uwagę to, że w dolinie było stosunkowo mało śniegu), a Ricardo ze względu na chondlomarację rzepki (rozmiękanie chrząstki stawowej rzepki) robił odpoczynki częściej niż pielgrzymka rodziny Radia Maryja na Jasną Górę - ale dawał radę i szacun dla niego :) Jednak widok krokusów w Dolinie Chochołowskiej był bardzo przyjemną nagrodą :)


Na pierwszy dzień rozruchowy wybraliśmy Rakoń przez Grzesia i powrót tą samą trasą. Pogoda nie zachwycała, ale nie było tragedii (do czasu...), mokry śnieg trochę utrudniał wędrówkę ale szliśmy w miarę równo, co prawda z jęzorami na wierzchu - przynajmniej ja, tylko Smogo zachował fason i nie uronił tego dnia ani kropli potu. Na Grzesia dotarliśmy w całkiem dobrym tempie, ale odczuwaliśmy lekkie skutki średnio przespanej nocy w autobusie. Oprócz oczywiście wspomnianego już Smoga, który popijając radośnie babciną "dereniówkę", ochoczo brnął do góry zostawiając nas w tyle.


No i tutaj wchodzi wątek Zmierzwionego na skiturach, który pomijając to, że miał je drugi raz w życiu na nogach, radził sobie całkiem nieźle i przez większą część trasy zamykał ze mną pochód ;P Ricardo jedynie został w tyle, ale jemu wybaczamy ze względu na bóle w kolanie spowodowane wybrakowaną chrząstką :) Na grzesiu szybka herbatka, batonik, kupka i zdjęcie topless, bo pogoda nie pewna a cel zrealizowany dopiero w połowie.




Ruszamy więc w stronę Rakonia... Hmmm nie byłem w życiowej formie tego dnia, o czym świdczył wywieszony mój jęzor i częste odpoczynki - tak co 20 kroków... no dobra co 10 kroków... Ale to jest nic! To jest nic w porównaniu do zawrotnej prędkości jaką osiągnął Zmierzwiony na skiturach, co najlepiej widać na poniższych zdjęciach (proszę zwrócić uwagę na czas i zauważyć że postać nieznacznie przemieszcza się):






Dalszą część tego przejścia pominę, gdyż była nudna i długa, a ja męczyłem się na niej okrutnie i generalnie nie o czym gadać! O! Na Rakonia dotarliśmy chwilę po 14 i byliśmy chyba jedynymy osobnikami na szczycie o tej porze, ale nie można tego jednoznacznie stwierdzić ze względu na panujące wówczas warunki czyli 10 metrów widoczności, wiatr i padający poziomo śnieg, więc nie wykluczone że ktoś oprócz nas tam  był, tylko my po prostu go nie widzieliśmy :)


Jako że pogoda zdupczyła się totalnie, zabawiliśmy na szczycie tylko parę minut kontemplując panoramę z Rakonia w wyobraźni i ruszyliśmy w drogę powrotną.


Ze Zmierzwionym umówiliśmy się na Grzesiu, bo stwierdziliśmy, że on ma z góry i będzie szybciej. No i to był błąd... W teorii, zwykle, to że jeśli ktoś ma narty na nogach i 3/4 drogi zjeżdża w dół, oznacza, że pokona ten odcinek szybciej, niż ten który idzie na nogach. Ta teoria nie ma zastosowania w przypadku skiturów na nogach Zmierzwionego... Dotarliśmy na Grzesia, który przywitał nas pustym wierzchołkiem, gdyż każdy normalny człowiek ponad godzinę temu rozpoczął odwrót ze względu na wspaniałą, kwietniową śnieżycę :) No właśnie pustym... ni widu ni słychu Zmierzwionego... Czekamy... 15 minut.... 30 minut... zimno... śnieg... wiatr... kurwa no... podejmujemy męską decyzję, że co 15 minut będziemy schodzić po kolei do schroniska. Po pierwszym kwadransie ruszył Smogo... Zmierzwionego wciąż nie ma... śnieg pada... zgłodniałem, więc schowałem się za jakimiś kamieniami i jadłem krakowską podsuszaną zagryzając batonikiem musli skulony za plecakiem. Po 15 minutach stwierdziliśmy, że jednak pomysł ze schodzeniem osobno co 15 minut jest słaby... Jak już mamy zamarznąć to chociaż razem ;P Próbujemy jeszcze podejść w stronę Rakonia, żeby wypatrzeć Zmierzwiona, ale niestety pogoda nie sprzyja i po godzinie spędzonej w totalnej dupówie na szczycie Grzesia decydujemy się zejść do schronika i tam postanowić co dalej. Telefon Zmierzwiona nie odpowiadał, z resztą niewiele było miejsc gdzie mieliśmy zasięg. Do schroniska dotarliśmy ok.17:30, wchodzimy do pokoju z nadzieją, że Zmierzwiony już tam będzie i... nie ma go... Pierwsza myśl? Idziemy się kąpać! :) i jak nie przyjdzie do 18 zawiadomimy TOPR (to byłby już drugi raz, kiedy to Zmierzwiony miałby do czynienia z tą organizacją, ale o tym może kiedyś sam napisze). Na szczęście punktualnie o 18:00 dziarskim krokiem, z bananem na ryju do pokoju wkroczył Zmierzwiony i jeszcze zażartował beszczelnie, że nas nie było na szczycie. Ehhh... nie ma to jak poczucie humoru i odpowiedzialność w górach.


Okazało się później, że Zmierzwiony stwierdził, iż telefon nie będzie mu potrzebny więc zostawił go w schronisku oraz, że zamiast przy zjeździe z Rakonia trzymać się grani i zjeżdzać tą samą drogą, którą wchodziliśmy, stwierdził, że pojedzie na skiturach za granicę i zjechał na Słowację - wyczyn ten jest mu do dzisiaj przy każdej możliwej okazji wypominany :) Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, mogliśmy udać się na wieczerzę, wypić piwko, pograć w "zajebiście pasjonującą" grę i pójść spać :)
Niedziela przywitała nas o 7 rano, lekkimi przebłyskami słońca. Niestety był to pierwszy i ostatni raz kiedy tego dnia widzieliśmy słońce... Padła decyzja, że przyatakujemy Trzydniowiański. Im później tym pogoda robiła się gorsza, w schronisku gęstniało, więc przed 9 wyruszyliśmy - w dwóch zespołach: Smogo i Ja pierwsi, a po nas wyszli Grzegrzu i Zmierzwiony (na skiturach oczywiście). Tego dnia byliśmy jedynymi osobami na szlaku i jak się później okazało na szczycie!




Smogo wyprzedził mnie dość znacznie, więc co chwila traciłem go z oczu, a reszta była jakieś 20 minut za mną i też nie miałem z nimi kontaktu. Byłem sam, niesamowite uczucie - chyba pierwszy raz w życiu w Tatrach jestem sam na szlaku, a do tego idzie mi się doskonale. Po dotarciu na szczyt szybka sesja, szybka herbata tym razem z wkładką w postaci "derenióweczki" i schodzimy.








Zmrożony śnieg i dość strome podejście wymagało używania raków, więc przez cały czas miałem je na butach i przy zejściu (zbiegu ;P), w amoku, zaliczyłem przewrót przez prawe ramię, a rak umieszczony na prawej mej nodze zrobił dziurę na lewej nogawce mych spodni na wysokości górnej części uda (patrz. prawie na dupie) - nie wiedziałem, że jestem aż tak rozciągnięty... No cóż szybki powrót do schroniska okupiony został 2,5 cm dziurą w spodniach. W schronisku prysznic, pakowanie i nadszedł koniec naszego ostatniego zimowego wypadu w Tatry. Pozostało już tylko opuścić górski świat i zanurzyć się w zakopiańskiej rzeczywistości.


Szydera


PS. Czas oczekiwania na autobus spędziliśmy w bardzo miłej i przyjemnej knajpce nieopodal Krupówek, do której na pewno jeszcze wrócimy nie raz :)


*Gdy pisałem to zdanie faktycznie był przestój, tylko ostatnio coś się ożywiło



"Pan Siusiak"

A teraz słów kilka o niestrudzonym towarzyszu Magdy górskich (i nie tylko) podróży, czyli... o „Panu Siusiaku” popołudniowe rozważania. „Pan Siusiak” jest zawsze pod ręką, można go zabrać ze sobą wszędzie! Bez gadania, narzekania czy ględzenia, ochoczo wskakuje do plecaka, tudzież innego środka transportu i w drogę! Nie narzeka na pogodę, że deszcz, że zimno, śnieg, a że za gorąco, nie pyta męcząco czy daleko jeszcze. Po prostu jest :) Zawsze blisko, zawsze gotowy do usług! To przecież „Pan Siusiak”! Kiedy trzeba ogrzeje pyszną herbatką z „wkładką” podczas górskiej zawieruchy, albo innym niekoniecznie smacznym specyfikiem z imbirem uraczy podczas rejsu. Taki po prostu jest „Pan Siusiak”! Równy chłop! Gdy trzeba ogrzeje, innym razem, gdy jest ciężko, siedzi cicho i przyczajony czuwa gotowy do pomocy i akcji w każdym momencie! „Pan Siusiak” nie chodzi z kolegami na piwo, nie ogląda meczów podczas Euro, nie wraca na czworaka do domu narąbany po całonocnej libacji – po prostu „Pan Siusiak” :) Zawsze jest twardy! Nie ugina się pod największym ciężarem, nie straszne mu sztormy i burze, wiatry i deszcze, upały i mrozy. Idealny i niezastąpiony kompan każdej wyprawy! „Pan Siusiak”! :D

wtorek, 19 czerwca 2012

Prawdziwi napieracze



To jeszcze nie jest mój właściwy post, do takiego potrzebuję dojrzeć i ... rozciągnąć dobę do 72 godzin ;-). Nazwijmy to przymiarką - pierwszym kroczkiem do prawdziwego felietonu. Bo prawdziwe historie potrzebują czasu, aby ... dojrzeć.


Napieracze


A teraz do rzeczy ... czyli napierania. Kim jesteśmy, to już Łuki ujął w bardzo zgrabnych i barwnych słowach, które ślina przyniosłaby mi na język chyba tylko w jednym miejscu ... na Górze Gór, ale których nie umiałbym później powtórzyć ani spisać. Widać prawdziwą linię pióra maestra.
Ale co mówią na ten temat inne mądre głowy? A więc spójrzmy.
Niejacy geografowie Wojciech Lewandowski i Marek Więckowski w swoim "Alfabecie wysokogórskim" tak podchodzą do definicji napieraczy, przechodząc od łojanta poprzez napadacza i dalej do napieracza:
Nowszym określenie łojanta jest też napadacz (od czeskiego: ja mam napad - mam pomysł). Napadacz jednak oznacza bardziej człowieka ogólnie aktywnego, gdyż można "napadać" nie tylko ściany i szczyty, ale także dziewczyny i szklane opakowania z cenionym przez wielu łojantów destylatami. Odmianą napadacza - może być osobnik, nieco bardziej zrównoważony i mniej spontaniczny - napieracz, preferujący taktyki typu wytrwało-oblężniczego.
I jak to między Słowianami bywa, kolejny raz my śmiejemy się z czeskich słówek, a oni z naszych, polskich. Oprócz tego już teraz wiemy kim są prawdziwi napieracze...


Nowa kategoria

 

Niniejszym zapoczątkowałem nową kategorię felietonów, takich które rozkminiają terminy albo łapią za słówka.
Kiedy spotkałem się ze wspinaniem zafascynowało mnie wiele nazw - takich jak friend (hmm... kolejni przyjaciele po kursie?), faker (do czego ten palec jeszcze służy?), pistolet (chyba nie będziemy do siebie strzelać?), telegraf (czy będziemy wspinać się po jakichś drutach?), kibel i wiele innych. Mamy przecież haki, młotki, dziaby, bloki i auta :-) - zwykły śmiertelnik nie ma za Chiny pojęcia co to dla nas wspinaczy znaczy. I tak pomyślałem sobie, że to jest dobry materiał na artykuł zaznamiający ze wspinaniem, bo nic innego nie przyciąga tak jak tajemnica (nie wiem jak was ale mnie zawsze takie zagadki fascynują) i nagromadzenie tylu neologizmów. Bo co to ma wszystko wspólnego ze wspinaniem, brzmi to bardziej jak wyrwane słowa z jakiegoś filmu ... sensacyjnego. Kiedy się już w tym siedzi, wydaje się to tak normalne jak szklanka, balast czy remizki dla wprawionego żeglarza. ... ale to już temat na inny felieton.


Ufagi redaktorskie


Kiedy moje palce kreśliły na klawiaturze kolejne słowa tego felietonu były takie momenty kiedy impuls elektryczny podyktowany przez mózg mówił im "zatrzymajcie się" i, wtedy przychodziła refleksja nad językiem, stylistyką i poprawnością zapisu. I wtedy, właśnie wtedy przed oczyma stawała moja polonistka kiwająca palcem i mówiąca: "Pamiętajcie, nie zaczyna się zdania od "a więc", "zatem" itd.". Internet jest jednak wolny od narzuconych kanonów i przez to pozwala na swobodne wyrażanie myśli i można powiedzieć, że działa na zasadzie onomatopei. A więc, niniejszym chylę czoła przed wszystkimi moimi polonistkami.

Gdybym nie był autorem, korektorem i redaktorem w jednej osobie być może ten felieton zyskałby jeszcze bardziej na swojej epickości, jak to miało miejsce w przypadku korekty redakcyjnej Józefa Nyki, o której wspomina Anna Czerwińska w swojej książce "GórFanka". A było to tak, posłuchajcie:
Józef Nyka (...) znany był z tego, że nie tolerował zbyt dosadnich tekstów. Kiedyś otrzymał artykuł o zimowym wspinaniu na Kazalnicy, autorstwa Gienka Chrobaka, który zaczynał się potoczyście: "Od rana piździe jak cholera". Oczywiście Józeczek to zmienił i w "Taterniku" tekst ten przybrał dojrzałą literacko formę, zaczynając się od słów: "Nad Podhalem świtało". Od tej pory, przez parę lat niektórzy "łojanci lat 70", (...) chcąc określić podobną aurę, mówili z przekorą: "Świta jak cholera".
ps. ależ się rozpisałem :-) Obiecuję, że następnym razem będzie dużo więcej dynamiki i akcji i mniej przynudzania - wszak postaram się napisać coś o górskich przygodach, Prawdziwych przygodach napieraczy ...

niedziela, 10 czerwca 2012

W ten weekend pojęcie "napierania" nabrało kompletnie nowego wymiaru...Wciąganie roweru po trawach i krzaczorach mocno pod górę przez 1,5 godziny, zsuwanie się co raz po błocie, jazda po nie wiadomo czym, bo gąszcz konkretny, radosne zjazdy po zielonych polach i kamieniach i znów błoto zaklejające hamulce,tak, że nawet ruszyć nie da rady, a to wszystko na prawie łysych oponach, a co tam!Jak doskonale wiemy z przyjaciółmi nie takie rzeczy są możliwe ;) Generalnie bez amortyzatorów nie polecam. Ale co najbardziej łamało psychę... wiadomo, długa prosta w drodze powrotnej, koszmar! Dla chętnych, okolice Jeziora Czorsztyńskiego, po deszczowym tygodniu. Będzie powtórka :)

Drodzy moi, a kto zreferuje mknięcie po falach? Małgoś, może Ty ;)? Bo robią nam się zaległości!

piątek, 30 marca 2012

O wpinaniu się „ze szczeny”, czyli o lizaniu liny słów kilka

Otóż moi mili, tym tekstem chciałbym zagaić i niniejszym ogłosić cykl postów, w których najzwyklej w świecie po sobie jedziemy, aczkolwiek, nie w sposób ordynarny i chamski, ale w sposób wykwintny, elegancki i tak aby osoba, która bohaterem posta się stanie nie poczuła się obrażona. Skłoniło mnie do tego wydarzenie, które miało miejsce na ścianie jakiś czas temu, którego nie byłem niestety naocznym świadkiem, jednakże zostało mi dość dobrze opisane i streszczone, a że moja wyobraźnia granic nie uznaje, więc nie miałem problemu z dokładnym zobrazowaniem i projekcją wspomnianej sytuacji. Rzecz tyczy się jednego z Nas – Zmierzwiona. Zmierzwion jest bardzo barwną postacią wśród moich znajomych (jakże kolorowych i niepospolitych), jednakże można by go przyrównać do pawia (łac. Pavo cristatus) pośród szarych gołębi (bez urazy moi drodzy! J ). Niezwykle barwną postacią jest z kilku względów,  mianowicie: na wyjazdach wszelakich spędza 50% swojego życia, 25% przesypia, 20% nie wiem co robi, a 5 % zajmuje się pracą. Ot taki typ. W dzisiejszych czasach pogoni za dobrami materialnymi i chęcią posiadania jest to niełatwe, a jednak udaje mu się ta sztuka.. Jak? Za ch... (pewnie myśleliście, że wstawiłbym tu brzydki wyraz określący męskie przyrodzenie, ale nie - chodziło o cholerę oczywiście ;P ) nie wiem! No ale cóż, jakoś muszę z tym żyć i spędzać 50% swojego życia w pracy :/ Ponadto Zmierzwion ma jeszcze kilka innych cech takich jak umiejętność zabrania lustrzanki nie wziąwszy uprzednio do niej baterii, umiejętność zabrania nienaładowanej lustrzanki, odnajduje także radość w robieniu zdjęć ptaków (zapisał się nawet na kurs ornitologiczny), pstrykaniu zadków kozic i innych ciekawych tematów. Ale ostatnio, Zmierzwion ukazał swą kolejną cechę, nieujawnioną do tej pory czyli wpinanie się „ze szczeny”. Pewnie ciekawi Was bardzo na czym cecha ta polega. Otóż polega ona na tym, że wisząc nad ostatnim przelotem w bardzo niewygodnej pozycji do wpięcia i nie mając możliwości wyciągnięcia liny techniką tradycyjną czyli ręką, Zmierzwion czyni do szczęką, a konkretnie zębami i ruchem posuwistym ciągłym wybiera linę niczym lew rozrywający antylopę na strzępy. Z dołu wygląda to bardzo zagadkowo, padają pytania, a wręcz nawoływania w stronę Zmierzwiona typu: „Nie żryj tej liny tylko się wspinaj!” lub „Chodź Zmierzwion na dół, my tu mamy jakieś jedzenie to Ci damy!”. Inni po prostu patrzą z rozdziawioną paszczą co też Zmierzwion wyprawia. Tak oto pokazał on (red. Zmierzwion) swoją kolejną i unikalną cechę na skalę, myślę że przynajmniej wojewódzką ;) Tak sobie myślę, że może wynikać to z faktu, że lubi lizać linę… ot tak sobie podgryźć co nieco w trakcie wspinania. Jednak brnąć dalej tym tropem zaczynają się pojawiać myśli co najmniej niesmaczne, a wręcz fekalne i nasuwa się pytanie – co jeśli przyjdzie nam się wspinać na własnej i będziemy mieć do dyspozycji friendy, tricamy czy hexy?! Chciałoby się powiedzieć „Pożyjemy – zobaczymy”, ale w tym konkretnym przypadku, chyba wolałbym pozostać tylko na „Pożyjemy” :) Bo skoro z liną potrafi robić takie rzeczy to ja już się boję nawet sobie wyobrazić co potrafi zrobić z innymi akcesoriami używanymi przy wspinaniu. Mam nadzieję, że Zmierzwion nie poczuje się urażony tym tekstem, gdyż osobiście pałam do niego ogromną sympatią i dobrze mi się z nim wspina, szczególnie kiedy z aptekarską precyzją krzyczy do mnie wisząc 10 metrów nad ziemią „Daj 30 cm luzu!”, a ja się zastanawiam, jednocześnie wydając luz, ile to jest 30 cm na 70-metrowej linie, a po chwili słyszę „Kurwa nie tyle!”… Ehhh :)
 
I na koniec mała refleksja: Jakże szare byłyby nasze wyjazdy gdyby nie nasze odpały! I to chyba dlatego, mimo tego że nikt z nas nie łoi (jeszcze) dróg powyżej VI.1, to tak dobrze nam wspina bo każdy z nas ma swoje odchylenia :)

Z górskim pozdrowieniem!
Szydera

PS. Pewnie czujecie swego rodzaju rozczarowanie, bo tytuł taki zagadkowy i chwytliwy, a tekst... hmmm no cóż ;P

PS2. Powyższy tekst ma zmusić Zmierzwiona do napisania w końcu swojego posta :D

czwartek, 22 marca 2012

Ostatni taki weekend w Tatrach

Przyszła chyba pora, abym i ja coś od siebie tutaj przyskrobał, a więc do dzieła!


Prolog


To był początek września roku pańskiego 2011. Pomysł weekendowego wypadu w Tatry zrodził się w naszych głowach już dużo wcześniej, więc niewiele myśląc, poczyniliśmy starania i zanim się obejrzeliśmy siedzieliśmy już w autobusie z Wawy do Zakopca... a właściwie siedziałem ja, bo reszta pojechała dzień wcześniej, a jeden z nas dojechać miał w sobotę rano samochodem. Noc w autobusie, siku na Shellu o 2 w nocy, szybki sen i 7 rano melduję się na dworcu PKS w Zakopcu, gdzie czeka na mnie Marcello. Zakupy w Tesco i migiem do Palenicy, gdzie miła Pani górlaską gwarą informuje nas, że możemy zostawić auto za 40 zł na ile chcemy. Szybkie przepakowanie i ruszamy na szlak. Oczywiście, jako że był to pierwszy weekend września, a w dodatku ciepły i słoneczny, ludzi więc było dostatek, a że ani ja ani Marcello nie przepadamy za zbyt dużą ilością ludzi na szlaku chciliśmy czym prędzej dostać się do Schroniska w Piątce, gdzie czekała reszta składu. Odbicie przy Wodogrzmotach i już chowamy się w cieniu drzew na szlaku prowadzącym do 5tki. Piękne słońce, rześkie górskie powietrze, szybki baton, banan i kanapka z pasztetem z widokiem na grzbiet Wołoszyna i tak oto zielony szlak doprowadza nas do schroniska, gdzie meldujemy się w okolicach godz. 10. Przed schroniskiem witają nas Łuki i Ricardo - Zmierzwion pobiegł (dosłownie) do Mok'a z misją "załatwić miejsce do spania w najbardziej popularnym schronisku w Tatrach, ale i tak to się nie uda bo szczęśliwcy miejsca zabookowali jakies 4 miesiące temu..." Ale pobiegł :) I nawet wrócił ok. 11:00. I tak oto skład wesołej drużyny był pełny, a wyglądał mniej więcej tak:




Dzień 1 "OP 2011"


Po krótkim odpoczynku w schronisku, przepakowaniu plecaków i posiłku energetycznego w postaci szarlotki tatrzańskiej (chyba najlepszej w całych Tatrach) ruszamy. Cel: Zawrat - Kozia Przełęcz - Kozi Wierch - Przełęcz Krzyżne - Schronisko. Ambitnie jak na pierwszy wypad, ale co tam - czasu jest niewiele,  człowiek się starzeje i po prostu w pewnym momencie należy już zacząc biec;) Jeszcze zanim rozpoczęliśmy marsz to wydawało nam się że cel jest jak najbardziej osiągalny, a wyśmienita pogoda i słońce jeszcze umacniały w nas to przekonanie. Na początku szło nam nieźle, ale później już było pod górkę i to dosłownie (w końcu góry...). Średnio przespana noc w autobusie, szybkie dojście do schroniska, brzuchy i kilka innych czynników obnażyły nasze słabości i już wtedy wiedziałem że jeśli uda mi się zrealizować cel numer jeden - patrz dojść w miarę dobrym stanie na przełęcz Zawrat to już będzie całkiem nieźle.


Na szczęście wszelkie trudny i znoje wynagradzały piękne widoki, które zdawały się pięknieć wraz ze wzrostem wysokości. Dawno nie miałem w Tatrach tak pięknej pogody!


Wraz ze wzrostem wysokości tym też więcej ludzi, którzy zakłócali mi widoki. Ale cóż, góry są dla wszystkich. My zapewne też zakłócaliśmy komuś widoki. Dotarliśmy na Zawrat w dwóch grupach: pierwsi doszli Zmierzwion i Grzegrzu a potem Marcello, Ricardo i ja.


Na przełęczy szybki posiłek, kilka zdjęć i uciekamy czerwonym, jednokierunkowym szlakiem w stronę Koziego Wierchu. I tu bardzo miłe zaskoczenie, bo w porównaniu do szlaku prowadzącego z 5tki na Zawrat, można powiedzieć że jest pustawo i w trakcie naszej wędrówki tym zacnym odcinkiem Orlej Perci spotykamy niewiele osób. A jeśli już to są to pojedyncze sztuki, ewentualnie przemieszczające się parami.


Idzie się świetnie, łańcuchy w górę, w dół, znowu w górę i w dół, słońce, które cały czas przyjemnie przygrzewa. Nie stwierdzamy jakichś większych trudności technicznych, trzeba po prostu przywyknąć do przestrzeni bo ekspozycja w niektórych miejsca jest spora. Łańcuchy w kilku miejscach faktycznie ułatwiają wędrówkę, ale gdyby ich nie było to też dalibyśmy radę. Co innego podczas złej pogody, deszczu i przy śliskiej skale - wtedy są faktycznie niezbędne i dają poczucie jakiegoś bezpieczeństwa. No i jest to raczej szlak dla bardziej doświadczoncyh turystów.




Docieramy to tego dziwnego kamienia, który stoi nad Zamarłą Turnią i nie wie chyba czy ma już się przechylić i spaść czy jeszcze warto tu chwilę postać...



Dnia ubywa, a my docieramy powoli dopiero do Koziej Przełęczy. Po krótkiej naradzie dochodzimy do wniosku, że z przełęczy zejdziemy żółtym szlakiem do schroniska, a resztę drogi, którą na dziś zaplanowaliśmy, zrobimy przy innej okazji. Jeszcze tylko strome zejście w dół drabinką (robi wrażenie, ale nie z powodu jej położenia, ale bardziej przez to że się trochę rusza i w sumie nie wiadomo czy przypadkiem nie odpadniesz od ściany razem z tą drabinką w rękach) i już jesteśmy na szlaku prowadzącym do schroniska.


Po drodze mijamy jeszcze kilku wspinaczy, którzy działają w rejonie Zamarłej Turni. Zmierzwion i ja wpadamy na pomysł, żeby trochę szybciej dotrzeć do schroniska (patrz podbiec i to chyba był jednak pomysł tylko Zmierzwiona a ja go nieopatrznie podchwyciłem) i spróbować załatwić jakieś miejsce do spania na podłodze. I to był głupi pomysł... Dlaczego? A już wyjaśniam. Po pierwsze - w trakcie biegu obtarłem sobie nieprzyzwyczajone do trekkingowych butów stopy, po drugie - pośpiech poszedł na marne bo i tak spaliśmy w krzakach pod schroniskiem, a po trzecie i chyba najbardziej przykre - uśiadomiłem sobie, że w dziesięciostopniowej skali, moja kondycja plasuje się na poziomie gdzieś pomiędzy -2 a -3... Ale są i dobre strony - straciłem tyle płynów, że wlanie w siebie 4 browarów nie było problemem (w normalnych warunkach na poziomie 0 m n.p.m. wypijam 2 i jestem pełny).


Wieczór w schronisku upłynął na miłych rozmowach o górach, przy piwku, bigosie i fasolce, a zwieńczony został lodowatym prysznicem z którego nawet zimna woda nie chciała lecieć. Pobudkę zaplanowaliśmy na 5 rano (sic!), gdyż musieliśmy się przedostać do Morskiego Oka, a stamtąd na główny cel naszej wyprawy - RYSY :)


Dzień 2: "Rysy - czyli jak nie umrzeć z pragnienia"


Pobudka o 5 rano. Ubieranie, pakowanie i wszyscy byliśmy gotowi do wymarszu o 6. Dopiero teraz zobaczyliśmy że byliśmy wśród jakiejś setki ludzi, która spała wokół schroniska, w kosówce, na ławkach wyniesionych ze schroniskowej jadalni itd...


Ruszyliśmy niebieskim szlakiem przez Świstówkę. Za plecami zostawiliśmy Dolinę Pięci Stawów Polskich, wczorajszą wędrówkę odcinkiem OP, a po lewej przez cały czas towarzyszył nam masyw niedostępnego dla turystów Wołoszyna.


Przed nami MOko... gwar, hałas, krzyczące dzieci, japonki (chodzi rodzaj klapków), opasłe brzuchy wywiezione tutaj przez konie, wycieczki, szał i ogólny amok turystyczny! Brzmi mało zachęcająco, ale jednak trzeba czasem zacisnąć poślady i wziąć niektóre rzeczy na klatę. Po dojściu na Świstową Czubę witają nas pierwsze promienie słońca i widok na Dolinę Roztoki o poranku.


W trakcie drogi, już na etapie zejściowym do asfaltu, konstrukcja nośna w postaci jednorazówki, autorstwa Zmierzwiona nie wytrzymuje ładunku i ten z pomocą Łukiego zbiera ze szlaku pogubione pomidory, snikersy i inny temu podobny prowiant. Dzięki temu wysuwam się na prowadzenie, mijam kilka osób i jako pierwszy z ekipy docieram do MOka. Po chwili za mną dobijają nasi szlakowi zbieracze - Zmierzwion i Łuki. Zamawiany śniadanie - ja marzyłem całą drogę o parówkach z musztardą i teraz to marzenie się spełnia! Siedzę w schronisku, piję ciepłą herbatę i spożywam parówki z musztardą i chlebem z masłem :) W międzyczasie dochodzą Marcello i Ricardo. I tu smutna wiadomość - obydwoje mają problemy z kolanami i muszą zrezygnować z wypadu na Rysy. Marcello decyduje się na zejście i powrót do Krakowa, a Ricardo postanawia poszwędać się po okolicy i powygrzewać na słońcu. Na placu boju pozostajemy więc we trójkę. Przepakowujemy plecaki i ruszamy czerwonym szlakiem, prowadzącym w stronę Czarnego Stawu pod Rysami. Tempo mamy niezłe - wyprzedzamy większość. Obchodzimy Czarny Staw szybkim tempem i zaczynamy piąć się w górę. Zmierzwion jako pierwszy, zostawił nas daleko w tyle. Na początku z Łukim trzymaliśmy równe tempo, ale potem i on wyrwał do przodu i zostałem sam.


Podejście od Czarnego Stawu do Buli jest monotonne - po lewej Żabi Szczyt, Tomkowe Igły a po prawej Kazalnica, Mięgusze i Wołowy Grzbiet. Zmierzwion i Łuki czekali na mnie na Buli pod Rysami. Tam odpoczynek i leżakowanie w pełnym słońcu. Dalej już głównie łańcuchy. Po pół godzine ruszamy wyżej, taki reścik dał mi dużo bo już do szczytu trzymałem dobre tempo. Ilość ludzi tego dnia na szlaku była zatrważająca, prawie jak kolejka na Giewont. Chwilami obchodziliśmy łańcuchy, a tym samym omijaliśmy komitet kolejkowy. Zmierzwion wyrwał do góry niczym kozica, której zadek fotografował w piątek, zostawiając mnie i Łukiego daleko z tyłu.


Ten dzień był dobrym dniem - Łuki uniknął uderzenia w twarzoczaszkę kamieniem, który strąciła jakaś nieuważna pani 50 metrów nad nim (nikt oprócz mnie nie krzyknął że leci kamień, wszyscy tylko stali i patrzyli czy kogoś trafi), a ponadto dotarliśmy i zeszliśmy ze szczytu. Zmierzwion czekał na nas na górze jakieś 40 min, ale to z powodu kolejek, które mieliśmy do poszczególnych odcinków, gdzie niestety mieściła się tylko jedna osoba. Po drodze spotkaliśmy także miłego starszego pana z okolic Krakowa, który zawstydził nas niemiłosiernie, bo od momentu przekroczenia granic TPN'u nic nie pił, bo jak twierdził "jakby zaczął pić na początku to już do końca musiałby pić, a tak to teraz tak się zasuszył, że mógłby spokojnie wrócić na dół bez picia", a ponadto nie przejawiał żadnych oznak zmęczenia, w przeciwieństwei do nas, a był dwa razy starszy.... (ten wątek pozostawię bez komentarza). Same Rysy oblepione były ludźmi niemiłosiernie - z daleka wyglądały jak jeż.




Schodziliśmy już razem. Odpoczynek jak zwykle na Buli pod Rysami i tu będzie nawiązanie do tytułu tej części. Mieliśmy 2 niepełne źródła wody. Ze Zmierzwionym zrobiliśmy wymianę - on dał mi swoje kijki a ja mu dałem resztki wody. Łuki miał ze wodę w camelbacku ale też już na wykończeniu. Ruszyliśmy w dół. Zmierzwion, jak zwykle, wybiegł na przód tak że nie mogłem go dogonić. Z kolei Łuki schodził teraz wolniej i nie chciało mi się na niego czekać bo był jakies 20 min za mną. Ja w środku - bez wody... Woda 20 min przede mną w plecaku Zmierzwiona i woda 20 min za mną w plecaku Łukiego - dylemat: czekać czy biec w dół. Wybrałem to drugie i... dogoniłem Zmierzwiona w schronisku... po drodze chłeptając wodę z Czarnego Stawu, a potem z każdego źródełka, które ściekało gdzieś ze skał. To strasznie dziwne uczucie, kiedy chce się pić, przed tobą jest Morskie Oko, a Ty nie chcesz się z niego napić bo masz świadomość, że po drugiej stronie ludzie moczą tam nogi i, co jest bardzo prawdopodobne, sikają do niego!


Po dotarciu do schroniska spełniły się nasze najgorsze oczekiwania - stonka turystyczna zaatakowała... Ale w sumie to już nie było takie ważne, zdobyliśmy Rysy, zrobiliśmy odcinek Orlej Perci, przeszliśmy kawał niezłej drogi. Teraz pozostał już tylko powrót do rzeczywistości (chociaż powroty są fajne jak wiesz że czeka na Ciebie ukochana osoba:) ).


Epilog


Podsumowując weekendowy wypadzik w góry można śmiało powiedzieć że było świetnie. Pogoda była dla nas łaskawa - 2 dni słońca. Zmierzwion zabrał tylko teleobiektyw i wyczerpała mu się bateria po 1 dniu pobytu i fotografowaniu kozic, a nie zabrał ładowarki (chociaż to i tak jest postęp bo w skałki kiedyś w ogóle nie zabrał baterii). Marcello i Ricardo powysiadały kolana. Ja miałem odciski na stopach, które leczyłem przez kolejne 3 dni. A Grzegrzu? Grzegrzu pewnie miał po tej fasolce, którą zjadł w 5tce rozwolnienie i wiatry, ale do dzisiaj nie chce się przyznać, ale my i tak wiemy... ;)


środa, 21 marca 2012

Stwierdzam, że mamy jednak zbyt długie przestoje w radosnej twórczości i nasz blog traci dynamikę! Pozwolę sobie zatem opublikować mały przerywnik. Pisaliśmy dotąd o tym co robiliśmy na ściance, co w górach, a ja pozwolę sobie przytoczyć co się dzieje z szanownymi wspinaczami w międzyczasie. Dla przykładu, Szydera ma niezwykły talent do robienia swoim znajomkom niespodzianek. Ten uśmiech na zdjęciu powyżej doskonale to ilustruje. Otóż w ostatnich dniach nie uwierzycie, gdzie się natknęłam na Szyderę! Otóż centralnie POD MOIM BIURKIEM W PRACY! Dla tych, co nie wiedzą, pracujemy w jednej firmie, w pokojach nieopodal. Szydera, może Ty zamiast się wspinać zajmiesz się speleologią, skoro ciągnie Cię w takie klimaty jak włażenie do zakamarów ;) W każdym razie nieźle się przestraszyłam i było wesoło, za co jestem bardzo wdzięczna, bo to był nerwowy i dość ciężki dzień. Nie ma co, na chłopców z naszej ekipy można liczyć w różnych okolicznościach ;)

czwartek, 15 marca 2012

Pytanie o Góry!

Wiele osób zadaje mi pytanie po co mi te góry po co sie tam pcham. Na takie pytania zazwyczaj reagowałem swego rodzaju złością i spojrzeniem z pogarda na autora pytania. Jak można nie rozumieć po co chodzę w góry, przecież to oczywiste...
Zastanawiałem sie nad tym pytaniem od jakiegoś czasu i odpowiedź jednak taka oczywista nie była. Czy przypadkiem moja reakcja po usłyszenia tego pytania nie jest po prostu związana z tym, że nie znam odpowiedzi. Sęk w tym, że odpowiedzieć na pewne pytania w sposób zbyt prosty to albo zabrzmią zbyt trywialnie albo zbyt wzniośle i pompatycznie. Na pytanie po co chodzę w góry najlepiej odpowiem opowiadając co czuję będąc w górach. Po tym co napiszę poniżej wielu utwierdzi sie w przekonaniu, że chodzenie po górach jest dla masochistów i samobójców.  Jednak liczę też na małą grupę ludzi, którzy czytając ten wpis uświadomią sobie, że ich odczucia są zbieżne z moimi.
Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono.
Wiszę 30 metrów nad ziemią wpięty do asekuracji z ucha skalnego przy pomocy tasiemki szerokości gumki od majtek, teraz wydaje mi się, że jestem już bezpieczny. Pięć minut wcześniej trawersowałem po cienkiej półce skalnej, ostatni bezpieczny punkt asekuracyjny został jakieś dwa metry po mojej prawej stronie, jeżeli teraz odpadnę, jeżeli moje dłonie nie wytrzymają tego wysiłku, przelecę w sumie cztery metry w dół i zrobię wahadło jak w zegarze. Zakończę zabawę rozbijając się o skałę jak szmaciana lalka. Ze strachu i adrenaliny przedramiona i barki zaczynają sie naprężać, dłonie jeszcze mocniej zaciskają się na chwycie, łydki dociskają stopy do skały aby zwiększyć tarcie. W głowie mam mętlik myśli, żeby tylko nie spaść, powtarzam w myślach jak mantrę. Muszę wykonać jedną prostą operację sprzętową mam przełożyć tasiemkę przez ucho skalne spiąć karabinkiem i wpiąć swoja linę. To ucho jest wielkie i solidne wydaje sie to banalnie proste ale w momencie zagrożenia w sytuacji zupełnie dla mnie nowej pewność siebie i zaufanie do własnych sił gdzieś znikają. Pojawiają sie wątpliwości czy utrzymam się? Czy to ucho na pewno jest takie solidne? Co jak tu kurwa robie? To jest ten moment, oddech sie uspokaja, powraca pewność siebie, wiara we własną siłę drzemiącą w ramionach. Spocone dłonie osuszam w woreczku z magnezja, chwila ulgi dla dłoni i zaciśniętych mięśni. Po kilku chwilach wpinam karabinek, dopinam linę, zakładam stanowisko, wybieram linę i krzyczę do Szydery "możesz iść". Spokojnie obserwuję jak mój partner pokonuje te same trudności co ja kilka minut wcześniej. Ja mam to już za sobą mogę spojrzeć na piękny krajobraz doliny, która mnie otacza. Wraz ze strzałem adrenaliny uleciało ze mnie wszystko co negatywne i mącące obraz otaczającego Świata. Strach wyostrza zmysły tych chwil nigdy się nie zapomina.

Medytacja
To wielka frajda iść pod górę przez pięć czy sześć godzin, czuć jak mięśnie nóg najpierw powoli sie rozgrzewają a po kolejnych godzinach zalewają kwasem mlekowym. Czuć jak dwudziesto kilogramowy plecak powoli zaczyna przybierać na wadze a zajebiście nowoczesny system nośny nazwany przez producenta "air cos tam..." zaczyna wrzynać sie w ramiona jak zrobiony z rzemyków. Zaczynasz w myślach przeklinać swoja głupotę bo po co było brać ten dodatkowy polar. Wspaniale widoki, o których myślałem jadąc na tą wyprawę juz nie maja takiego wielkiego znaczenia bo wzrok jest utkwiony w kamienne schody, które z każdym krokiem są coraz bardziej strome. Jeżeli jest lato to słońce grzeje bez litości a woda w butelce kończy się zawsze za szybko, jeżeli zawitałem w góry zimą to mróz i wiatr nie pozwolą zapomnieć jak miło by było teraz móc wślizgnąć się do ciepłego śpiwora. I to jest ten moment dostaje to po co szedłem tyle czasu, całkowita pustkę w głowie i spokój w duszy. Mięśnie są na skraju wyczerpania, umysł pracuje w stanie oszczędzania energii, poza myślą o kolejnym ruchu nie pojawia sie przed oczami nic więcej, nerwy nie odbierają żadnych bodźców zewnętrznych bo muszą kontrolować to co dzieje sie z ciałem. Stan całkowitego oderwanie od materialnego otaczającego mnie Świata...medytacja.

Proste odpowiedzi nie zawsze są najlepsze tak jak łatwe drogi nie dają największej satysfakcji. Te wszystkie przeżycia i wrażenia nie były by nic warte gdyby nie ludzie, z którymi je dzielę ale to już temat na następny wpis:)

wtorek, 13 marca 2012

Czas zacząć! A zatem do rzeczy. Oczywiście opiszę to tak, jak ja pamiętam, zresztą inaczej się chyba nie da. Chłopcy uzupełnią swoimi postami. 

Szydera pod koniec lata 2010 roku, a może wczesną jesienią, poczuł nieodpartą potrzebę napierania, ale nie za bardzo miał z kim. Kiedyś na korytarzu w pracy w rozmowie z nim napomknęłam, że byłam na ściance kilka razy, w sumie fajny sport, ale nie mam jeszcze butów. Od tej pory Szydera systematycznie przypominał mi, że nie czas na nowe kiecki albo inne takie duperele, ale na zgrabne i boleśnie przymałe buty wspinaczkowe. Szczerze mówiąc nie wiedziałam, jak się do tego zabrać, ale w końcu nabyłam  je drogą kupna, posiłkując się telefonicznymi wskazówkami Przema z Krakowa. 

Już zresztą nie było wyjścia, bo w międzyczasie zapisaliśmy się z Szyderą na kilkunastogodzinny kurs na ściance na Nowowiejskiej, którego nie było sensu robić w topornych trampkach. Zakupu dokonałam dosłownie godzinę przed kursem i stojąc przy kasie dotarło do mnie, że koleś, który kupował identyczne buty, wydaje mi się jakoś dziwnie znajomy. Jedno pytanie i już wszystko jasne - "Hej, czy my przypadkiem nie idziemy dziś na ten sam kurs wspinaczkowy na Nowowiejskiej?". Zmierzwiony chyba jednak nie ma aż tak dobrej pamięci do twarzy jak ja, bo wyglądał na mocno zaskoczonego pytaniem, ale po chwili ustaliliśmy, że jesteśmy w tej samej grupie u Adama Mosiejko i jak widać takie szczegóły, jak zorganizowanie sobie butów do wspinania zostawiamy na ostatnią chwilę. Po zmaganiach z przymierzaniem butów ruszyliśmy pędem na Nowowiejską. 

W naszej 5-osobowej grupie byłam ja, Szydera, Zmierzwiony, Łuki i Rysiek. Kto by pomyślał, że brygada przetrwa tyle czasu! Na pewno nie Adam, który kiedyś stwierdził, że rzadko kiedy ludzie z kursów trzymają się później razem. Nam się udało, myślę, że głównie dzięki ambicji Szydery oraz entuzjastycznym sms-om i telefonom od Zmierzwionego z przypomnieniami o naszych spotkaniach na ściance. 

Kurs rozpoczęłam od małego wypadku przy niespodziewanym odpadnięciu Szydery. Wciągnęło mi rękę do kubka, zabolało i z zamkniętymi oczami, przyciśnięta do ściany krzyknęłam do Szydery, żeby się tam do cholery czegoś złapał i odciążył linę. Więcej wypadków nie odnotowaliśmy podczas całego kursu.

Początki jak widać były trudne...dwie wpinki i człowiek musiał odpocząć (czasem nawet się zdrzemnąć ;)


Szydera i Zmierzwiony niejednokrotnie na tym samym levelu walczyli z materią.


A co poniektórym wspinanie na początku rąbało się z baletem.


 Master niestrudzenie prezentował spragnionym techniki kursantom rozmaite sztuczki. 


Generalnie 200% koncentracji!

Czasem fakt, mogliśmy stać trochę bliżej ściany asekurując partnera wchodzącego z dołem, tudzież ubezpieczać go, ale co tam... mieliśmy dużo wiary, że przecież świetnie sobie poradzi!

Ale wątpliwości nie ma, wyciskaliśmy z siebie siódme poty!

Wielkie podziękowania dla naszej fotoreporterki Gosi, dzięki której te wspominki można opatrzyć adekwatnymi fotkami.

niedziela, 11 marca 2012

Witam wszystkich NAPIERACZY i młodych zdobywców gór! Grzegrzu, dla Ciebie szacun, że zacząłeś działać :) Na dobry początek publikuję fotkę zawodnika, który jako pierwszy wstawił się, w naszej grupowej karierze, w prawdziwą skałę!