W ten weekend pojęcie "napierania" nabrało kompletnie nowego wymiaru...Wciąganie roweru po trawach i krzaczorach mocno pod górę przez 1,5 godziny, zsuwanie się co raz po błocie, jazda po nie wiadomo czym, bo gąszcz konkretny, radosne zjazdy po zielonych polach i kamieniach i znów błoto zaklejające hamulce,tak, że nawet ruszyć nie da rady, a to wszystko na prawie łysych oponach, a co tam!Jak doskonale wiemy z przyjaciółmi nie takie rzeczy są możliwe ;) Generalnie bez amortyzatorów nie polecam. Ale co najbardziej łamało psychę... wiadomo, długa prosta w drodze powrotnej, koszmar! Dla chętnych, okolice Jeziora Czorsztyńskiego, po deszczowym tygodniu. Będzie powtórka :)
Drodzy moi, a kto zreferuje mknięcie po falach? Małgoś, może Ty ;)? Bo robią nam się zaległości!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz