Czas zacząć! A zatem do rzeczy. Oczywiście opiszę to tak, jak ja pamiętam, zresztą inaczej się chyba nie da. Chłopcy uzupełnią swoimi postami.
Szydera pod koniec lata 2010 roku, a może wczesną jesienią, poczuł nieodpartą potrzebę napierania, ale nie za bardzo miał z kim. Kiedyś na korytarzu w pracy w rozmowie z nim napomknęłam, że byłam na ściance kilka razy, w sumie fajny sport, ale nie mam jeszcze butów. Od tej pory Szydera systematycznie przypominał mi, że nie czas na nowe kiecki albo inne takie duperele, ale na zgrabne i boleśnie przymałe buty wspinaczkowe. Szczerze mówiąc nie wiedziałam, jak się do tego zabrać, ale w końcu nabyłam je drogą kupna, posiłkując się telefonicznymi wskazówkami Przema z Krakowa.
Już zresztą nie było wyjścia, bo w międzyczasie zapisaliśmy się z Szyderą na kilkunastogodzinny kurs na ściance na Nowowiejskiej, którego nie było sensu robić w topornych trampkach. Zakupu dokonałam dosłownie godzinę przed kursem i stojąc przy kasie dotarło do mnie, że koleś, który kupował identyczne buty, wydaje mi się jakoś dziwnie znajomy. Jedno pytanie i już wszystko jasne - "Hej, czy my
przypadkiem nie idziemy dziś na ten sam kurs wspinaczkowy na
Nowowiejskiej?". Zmierzwiony chyba jednak nie ma aż tak dobrej pamięci do
twarzy jak ja, bo wyglądał na mocno zaskoczonego pytaniem, ale po chwili
ustaliliśmy, że jesteśmy w tej samej grupie u Adama Mosiejko i jak widać takie
szczegóły, jak zorganizowanie sobie butów do wspinania zostawiamy na ostatnią
chwilę. Po zmaganiach z przymierzaniem butów ruszyliśmy pędem na Nowowiejską.
W naszej 5-osobowej grupie byłam ja, Szydera, Zmierzwiony, Łuki i Rysiek. Kto by pomyślał, że brygada przetrwa tyle czasu! Na pewno nie Adam, który kiedyś stwierdził, że rzadko kiedy ludzie z kursów trzymają się później razem. Nam się udało, myślę, że głównie dzięki ambicji Szydery oraz entuzjastycznym sms-om i telefonom od Zmierzwionego z przypomnieniami o naszych spotkaniach na ściance.
Kurs rozpoczęłam od małego wypadku przy niespodziewanym odpadnięciu Szydery. Wciągnęło mi rękę do kubka, zabolało i z zamkniętymi oczami, przyciśnięta do ściany krzyknęłam do Szydery, żeby się tam do cholery czegoś złapał i odciążył linę. Więcej wypadków nie odnotowaliśmy podczas całego kursu.
Początki jak widać były trudne...dwie wpinki i człowiek musiał odpocząć (czasem nawet się zdrzemnąć ;)
Szydera i Zmierzwiony niejednokrotnie na tym samym levelu walczyli z materią.
A co poniektórym wspinanie na początku rąbało się z baletem.
Master niestrudzenie prezentował spragnionym techniki kursantom rozmaite sztuczki.
Generalnie 200% koncentracji!
Czasem fakt, mogliśmy stać trochę bliżej ściany asekurując partnera wchodzącego z dołem, tudzież ubezpieczać go, ale co tam... mieliśmy dużo wiary, że przecież świetnie sobie poradzi!
Ale wątpliwości nie ma, wyciskaliśmy z siebie siódme poty!
Wielkie podziękowania dla naszej fotoreporterki Gosi, dzięki której te wspominki można opatrzyć adekwatnymi fotkami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz