czwartek, 21 czerwca 2012

Ostatnie podrygi zdychającej ostrygi... czyli prawie końcówka zimy w Tatrach

Po dłuższej chwili przestoju, stwierdziłem, że należy podjąć wysiłek i ożywić naszego zdychającego bloga ;)* Jako, że było kilka wyjazdów o których warto wspomnieć, ostatecznie zdecydowałem, że opiszę nasze kwietniowe Tatry, jeszcze w warunkach zimowych. Początkowo chciałem zostawić to Zmierzwionemu, ale potem jednak uznałem, że on może trochę zagiąć rzeczywistość ze względu na swoje "występy" na skiturach, ale o tym później... do dzieła więc!


Wszystko zaczęło się w lutym, kiedy to przy rezerwacji miejsc w PolskimBusie (post od teraz zawiera lokowanie produktu;P), Zmierzwiony wyczaił tanie bilety do Zakopca w połowie kwietnia - po szybkiej akcji telefonicznej mieliśmy 5 miejsc po ok. 50zł w dwie strony! Szał n' Szok! ;)
O 7 rano 14 kwietnia wylądowaliśmy w Zakopanem w składzie Ja (Szydera), Zmierzwiony, Grzegrzół, Ricardo oraz świeżak w naszej ekipie (aczkolwiek doświadczony górski biegacz) Łukasz a.k.a Smogo. Jako cel wybraliśmy Tatry zachodnie z noclegiem w schronisku w Dolinie Chochołowskiej. Pogoda niestety nie zapowiadała się ciekawie. Pominę część dojścia do schroniska, gdyż nie była ona wybitnie pasjonująca pomijajać fakt, że Zmierzwiony pokonywał ją na skiturach (możemy się tylko domyślać jak to wyglądało, biorąc pod uwagę to, że w dolinie było stosunkowo mało śniegu), a Ricardo ze względu na chondlomarację rzepki (rozmiękanie chrząstki stawowej rzepki) robił odpoczynki częściej niż pielgrzymka rodziny Radia Maryja na Jasną Górę - ale dawał radę i szacun dla niego :) Jednak widok krokusów w Dolinie Chochołowskiej był bardzo przyjemną nagrodą :)


Na pierwszy dzień rozruchowy wybraliśmy Rakoń przez Grzesia i powrót tą samą trasą. Pogoda nie zachwycała, ale nie było tragedii (do czasu...), mokry śnieg trochę utrudniał wędrówkę ale szliśmy w miarę równo, co prawda z jęzorami na wierzchu - przynajmniej ja, tylko Smogo zachował fason i nie uronił tego dnia ani kropli potu. Na Grzesia dotarliśmy w całkiem dobrym tempie, ale odczuwaliśmy lekkie skutki średnio przespanej nocy w autobusie. Oprócz oczywiście wspomnianego już Smoga, który popijając radośnie babciną "dereniówkę", ochoczo brnął do góry zostawiając nas w tyle.


No i tutaj wchodzi wątek Zmierzwionego na skiturach, który pomijając to, że miał je drugi raz w życiu na nogach, radził sobie całkiem nieźle i przez większą część trasy zamykał ze mną pochód ;P Ricardo jedynie został w tyle, ale jemu wybaczamy ze względu na bóle w kolanie spowodowane wybrakowaną chrząstką :) Na grzesiu szybka herbatka, batonik, kupka i zdjęcie topless, bo pogoda nie pewna a cel zrealizowany dopiero w połowie.




Ruszamy więc w stronę Rakonia... Hmmm nie byłem w życiowej formie tego dnia, o czym świdczył wywieszony mój jęzor i częste odpoczynki - tak co 20 kroków... no dobra co 10 kroków... Ale to jest nic! To jest nic w porównaniu do zawrotnej prędkości jaką osiągnął Zmierzwiony na skiturach, co najlepiej widać na poniższych zdjęciach (proszę zwrócić uwagę na czas i zauważyć że postać nieznacznie przemieszcza się):






Dalszą część tego przejścia pominę, gdyż była nudna i długa, a ja męczyłem się na niej okrutnie i generalnie nie o czym gadać! O! Na Rakonia dotarliśmy chwilę po 14 i byliśmy chyba jedynymy osobnikami na szczycie o tej porze, ale nie można tego jednoznacznie stwierdzić ze względu na panujące wówczas warunki czyli 10 metrów widoczności, wiatr i padający poziomo śnieg, więc nie wykluczone że ktoś oprócz nas tam  był, tylko my po prostu go nie widzieliśmy :)


Jako że pogoda zdupczyła się totalnie, zabawiliśmy na szczycie tylko parę minut kontemplując panoramę z Rakonia w wyobraźni i ruszyliśmy w drogę powrotną.


Ze Zmierzwionym umówiliśmy się na Grzesiu, bo stwierdziliśmy, że on ma z góry i będzie szybciej. No i to był błąd... W teorii, zwykle, to że jeśli ktoś ma narty na nogach i 3/4 drogi zjeżdża w dół, oznacza, że pokona ten odcinek szybciej, niż ten który idzie na nogach. Ta teoria nie ma zastosowania w przypadku skiturów na nogach Zmierzwionego... Dotarliśmy na Grzesia, który przywitał nas pustym wierzchołkiem, gdyż każdy normalny człowiek ponad godzinę temu rozpoczął odwrót ze względu na wspaniałą, kwietniową śnieżycę :) No właśnie pustym... ni widu ni słychu Zmierzwionego... Czekamy... 15 minut.... 30 minut... zimno... śnieg... wiatr... kurwa no... podejmujemy męską decyzję, że co 15 minut będziemy schodzić po kolei do schroniska. Po pierwszym kwadransie ruszył Smogo... Zmierzwionego wciąż nie ma... śnieg pada... zgłodniałem, więc schowałem się za jakimiś kamieniami i jadłem krakowską podsuszaną zagryzając batonikiem musli skulony za plecakiem. Po 15 minutach stwierdziliśmy, że jednak pomysł ze schodzeniem osobno co 15 minut jest słaby... Jak już mamy zamarznąć to chociaż razem ;P Próbujemy jeszcze podejść w stronę Rakonia, żeby wypatrzeć Zmierzwiona, ale niestety pogoda nie sprzyja i po godzinie spędzonej w totalnej dupówie na szczycie Grzesia decydujemy się zejść do schronika i tam postanowić co dalej. Telefon Zmierzwiona nie odpowiadał, z resztą niewiele było miejsc gdzie mieliśmy zasięg. Do schroniska dotarliśmy ok.17:30, wchodzimy do pokoju z nadzieją, że Zmierzwiony już tam będzie i... nie ma go... Pierwsza myśl? Idziemy się kąpać! :) i jak nie przyjdzie do 18 zawiadomimy TOPR (to byłby już drugi raz, kiedy to Zmierzwiony miałby do czynienia z tą organizacją, ale o tym może kiedyś sam napisze). Na szczęście punktualnie o 18:00 dziarskim krokiem, z bananem na ryju do pokoju wkroczył Zmierzwiony i jeszcze zażartował beszczelnie, że nas nie było na szczycie. Ehhh... nie ma to jak poczucie humoru i odpowiedzialność w górach.


Okazało się później, że Zmierzwiony stwierdził, iż telefon nie będzie mu potrzebny więc zostawił go w schronisku oraz, że zamiast przy zjeździe z Rakonia trzymać się grani i zjeżdzać tą samą drogą, którą wchodziliśmy, stwierdził, że pojedzie na skiturach za granicę i zjechał na Słowację - wyczyn ten jest mu do dzisiaj przy każdej możliwej okazji wypominany :) Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, mogliśmy udać się na wieczerzę, wypić piwko, pograć w "zajebiście pasjonującą" grę i pójść spać :)
Niedziela przywitała nas o 7 rano, lekkimi przebłyskami słońca. Niestety był to pierwszy i ostatni raz kiedy tego dnia widzieliśmy słońce... Padła decyzja, że przyatakujemy Trzydniowiański. Im później tym pogoda robiła się gorsza, w schronisku gęstniało, więc przed 9 wyruszyliśmy - w dwóch zespołach: Smogo i Ja pierwsi, a po nas wyszli Grzegrzu i Zmierzwiony (na skiturach oczywiście). Tego dnia byliśmy jedynymi osobami na szlaku i jak się później okazało na szczycie!




Smogo wyprzedził mnie dość znacznie, więc co chwila traciłem go z oczu, a reszta była jakieś 20 minut za mną i też nie miałem z nimi kontaktu. Byłem sam, niesamowite uczucie - chyba pierwszy raz w życiu w Tatrach jestem sam na szlaku, a do tego idzie mi się doskonale. Po dotarciu na szczyt szybka sesja, szybka herbata tym razem z wkładką w postaci "derenióweczki" i schodzimy.








Zmrożony śnieg i dość strome podejście wymagało używania raków, więc przez cały czas miałem je na butach i przy zejściu (zbiegu ;P), w amoku, zaliczyłem przewrót przez prawe ramię, a rak umieszczony na prawej mej nodze zrobił dziurę na lewej nogawce mych spodni na wysokości górnej części uda (patrz. prawie na dupie) - nie wiedziałem, że jestem aż tak rozciągnięty... No cóż szybki powrót do schroniska okupiony został 2,5 cm dziurą w spodniach. W schronisku prysznic, pakowanie i nadszedł koniec naszego ostatniego zimowego wypadu w Tatry. Pozostało już tylko opuścić górski świat i zanurzyć się w zakopiańskiej rzeczywistości.


Szydera


PS. Czas oczekiwania na autobus spędziliśmy w bardzo miłej i przyjemnej knajpce nieopodal Krupówek, do której na pewno jeszcze wrócimy nie raz :)


*Gdy pisałem to zdanie faktycznie był przestój, tylko ostatnio coś się ożywiło



3 komentarze:

  1. Ej, a pępków nie zakleiłeś? Fajnie Szyder piszesz, napisz coś jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
  2. ale na drugiej focie po krokusach to wyglądasz jakby Ci się srać chciało, bez urazy ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja zawsze tak wyglądam... to jest mój standardowy look :)

    OdpowiedzUsuń