Prolog
To był początek września roku pańskiego 2011. Pomysł weekendowego wypadu w Tatry zrodził się w naszych głowach już dużo wcześniej, więc niewiele myśląc, poczyniliśmy starania i zanim się obejrzeliśmy siedzieliśmy już w autobusie z Wawy do Zakopca... a właściwie siedziałem ja, bo reszta pojechała dzień wcześniej, a jeden z nas dojechać miał w sobotę rano samochodem. Noc w autobusie, siku na Shellu o 2 w nocy, szybki sen i 7 rano melduję się na dworcu PKS w Zakopcu, gdzie czeka na mnie Marcello. Zakupy w Tesco i migiem do Palenicy, gdzie miła Pani górlaską gwarą informuje nas, że możemy zostawić auto za 40 zł na ile chcemy. Szybkie przepakowanie i ruszamy na szlak. Oczywiście, jako że był to pierwszy weekend września, a w dodatku ciepły i słoneczny, ludzi więc było dostatek, a że ani ja ani Marcello nie przepadamy za zbyt dużą ilością ludzi na szlaku chciliśmy czym prędzej dostać się do Schroniska w Piątce, gdzie czekała reszta składu. Odbicie przy Wodogrzmotach i już chowamy się w cieniu drzew na szlaku prowadzącym do 5tki. Piękne słońce, rześkie górskie powietrze, szybki baton, banan i kanapka z pasztetem z widokiem na grzbiet Wołoszyna i tak oto zielony szlak doprowadza nas do schroniska, gdzie meldujemy się w okolicach godz. 10. Przed schroniskiem witają nas Łuki i Ricardo - Zmierzwion pobiegł (dosłownie) do Mok'a z misją "załatwić miejsce do spania w najbardziej popularnym schronisku w Tatrach, ale i tak to się nie uda bo szczęśliwcy miejsca zabookowali jakies 4 miesiące temu..." Ale pobiegł :) I nawet wrócił ok. 11:00. I tak oto skład wesołej drużyny był pełny, a wyglądał mniej więcej tak:
Dzień 1 "OP 2011"
Po krótkim odpoczynku w schronisku, przepakowaniu plecaków i posiłku energetycznego w postaci szarlotki tatrzańskiej (chyba najlepszej w całych Tatrach) ruszamy. Cel: Zawrat - Kozia Przełęcz - Kozi Wierch - Przełęcz Krzyżne - Schronisko. Ambitnie jak na pierwszy wypad, ale co tam - czasu jest niewiele, człowiek się starzeje i po prostu w pewnym momencie należy już zacząc biec;) Jeszcze zanim rozpoczęliśmy marsz to wydawało nam się że cel jest jak najbardziej osiągalny, a wyśmienita pogoda i słońce jeszcze umacniały w nas to przekonanie. Na początku szło nam nieźle, ale później już było pod górkę i to dosłownie (w końcu góry...). Średnio przespana noc w autobusie, szybkie dojście do schroniska, brzuchy i kilka innych czynników obnażyły nasze słabości i już wtedy wiedziałem że jeśli uda mi się zrealizować cel numer jeden - patrz dojść w miarę dobrym stanie na przełęcz Zawrat to już będzie całkiem nieźle.
Na szczęście wszelkie trudny i znoje wynagradzały piękne widoki, które zdawały się pięknieć wraz ze wzrostem wysokości. Dawno nie miałem w Tatrach tak pięknej pogody!
Wraz ze wzrostem wysokości tym też więcej ludzi, którzy zakłócali mi widoki. Ale cóż, góry są dla wszystkich. My zapewne też zakłócaliśmy komuś widoki. Dotarliśmy na Zawrat w dwóch grupach: pierwsi doszli Zmierzwion i Grzegrzu a potem Marcello, Ricardo i ja.
Na przełęczy szybki posiłek, kilka zdjęć i uciekamy czerwonym, jednokierunkowym szlakiem w stronę Koziego Wierchu. I tu bardzo miłe zaskoczenie, bo w porównaniu do szlaku prowadzącego z 5tki na Zawrat, można powiedzieć że jest pustawo i w trakcie naszej wędrówki tym zacnym odcinkiem Orlej Perci spotykamy niewiele osób. A jeśli już to są to pojedyncze sztuki, ewentualnie przemieszczające się parami.
Idzie się świetnie, łańcuchy w górę, w dół, znowu w górę i w dół, słońce, które cały czas przyjemnie przygrzewa. Nie stwierdzamy jakichś większych trudności technicznych, trzeba po prostu przywyknąć do przestrzeni bo ekspozycja w niektórych miejsca jest spora. Łańcuchy w kilku miejscach faktycznie ułatwiają wędrówkę, ale gdyby ich nie było to też dalibyśmy radę. Co innego podczas złej pogody, deszczu i przy śliskiej skale - wtedy są faktycznie niezbędne i dają poczucie jakiegoś bezpieczeństwa. No i jest to raczej szlak dla bardziej doświadczoncyh turystów.
Docieramy to tego dziwnego kamienia, który stoi nad Zamarłą Turnią i nie wie chyba czy ma już się przechylić i spaść czy jeszcze warto tu chwilę postać...
Dnia ubywa, a my docieramy powoli dopiero do Koziej Przełęczy. Po krótkiej naradzie dochodzimy do wniosku, że z przełęczy zejdziemy żółtym szlakiem do schroniska, a resztę drogi, którą na dziś zaplanowaliśmy, zrobimy przy innej okazji. Jeszcze tylko strome zejście w dół drabinką (robi wrażenie, ale nie z powodu jej położenia, ale bardziej przez to że się trochę rusza i w sumie nie wiadomo czy przypadkiem nie odpadniesz od ściany razem z tą drabinką w rękach) i już jesteśmy na szlaku prowadzącym do schroniska.
Po drodze mijamy jeszcze kilku wspinaczy, którzy działają w rejonie Zamarłej Turni. Zmierzwion i ja wpadamy na pomysł, żeby trochę szybciej dotrzeć do schroniska (patrz podbiec i to chyba był jednak pomysł tylko Zmierzwiona a ja go nieopatrznie podchwyciłem) i spróbować załatwić jakieś miejsce do spania na podłodze. I to był głupi pomysł... Dlaczego? A już wyjaśniam. Po pierwsze - w trakcie biegu obtarłem sobie nieprzyzwyczajone do trekkingowych butów stopy, po drugie - pośpiech poszedł na marne bo i tak spaliśmy w krzakach pod schroniskiem, a po trzecie i chyba najbardziej przykre - uśiadomiłem sobie, że w dziesięciostopniowej skali, moja kondycja plasuje się na poziomie gdzieś pomiędzy -2 a -3... Ale są i dobre strony - straciłem tyle płynów, że wlanie w siebie 4 browarów nie było problemem (w normalnych warunkach na poziomie 0 m n.p.m. wypijam 2 i jestem pełny).
Wieczór w schronisku upłynął na miłych rozmowach o górach, przy piwku, bigosie i fasolce, a zwieńczony został lodowatym prysznicem z którego nawet zimna woda nie chciała lecieć. Pobudkę zaplanowaliśmy na 5 rano (sic!), gdyż musieliśmy się przedostać do Morskiego Oka, a stamtąd na główny cel naszej wyprawy - RYSY :)
Dzień 2: "Rysy - czyli jak nie umrzeć z pragnienia"
Pobudka o 5 rano. Ubieranie, pakowanie i wszyscy byliśmy gotowi do wymarszu o 6. Dopiero teraz zobaczyliśmy że byliśmy wśród jakiejś setki ludzi, która spała wokół schroniska, w kosówce, na ławkach wyniesionych ze schroniskowej jadalni itd...
Ruszyliśmy niebieskim szlakiem przez Świstówkę. Za plecami zostawiliśmy Dolinę Pięci Stawów Polskich, wczorajszą wędrówkę odcinkiem OP, a po lewej przez cały czas towarzyszył nam masyw niedostępnego dla turystów Wołoszyna.
Przed nami MOko... gwar, hałas, krzyczące dzieci, japonki (chodzi rodzaj klapków), opasłe brzuchy wywiezione tutaj przez konie, wycieczki, szał i ogólny amok turystyczny! Brzmi mało zachęcająco, ale jednak trzeba czasem zacisnąć poślady i wziąć niektóre rzeczy na klatę. Po dojściu na Świstową Czubę witają nas pierwsze promienie słońca i widok na Dolinę Roztoki o poranku.
W trakcie drogi, już na etapie zejściowym do asfaltu, konstrukcja nośna w postaci jednorazówki, autorstwa Zmierzwiona nie wytrzymuje ładunku i ten z pomocą Łukiego zbiera ze szlaku pogubione pomidory, snikersy i inny temu podobny prowiant. Dzięki temu wysuwam się na prowadzenie, mijam kilka osób i jako pierwszy z ekipy docieram do MOka. Po chwili za mną dobijają nasi szlakowi zbieracze - Zmierzwion i Łuki. Zamawiany śniadanie - ja marzyłem całą drogę o parówkach z musztardą i teraz to marzenie się spełnia! Siedzę w schronisku, piję ciepłą herbatę i spożywam parówki z musztardą i chlebem z masłem :) W międzyczasie dochodzą Marcello i Ricardo. I tu smutna wiadomość - obydwoje mają problemy z kolanami i muszą zrezygnować z wypadu na Rysy. Marcello decyduje się na zejście i powrót do Krakowa, a Ricardo postanawia poszwędać się po okolicy i powygrzewać na słońcu. Na placu boju pozostajemy więc we trójkę. Przepakowujemy plecaki i ruszamy czerwonym szlakiem, prowadzącym w stronę Czarnego Stawu pod Rysami. Tempo mamy niezłe - wyprzedzamy większość. Obchodzimy Czarny Staw szybkim tempem i zaczynamy piąć się w górę. Zmierzwion jako pierwszy, zostawił nas daleko w tyle. Na początku z Łukim trzymaliśmy równe tempo, ale potem i on wyrwał do przodu i zostałem sam.
Podejście od Czarnego Stawu do Buli jest monotonne - po lewej Żabi Szczyt, Tomkowe Igły a po prawej Kazalnica, Mięgusze i Wołowy Grzbiet. Zmierzwion i Łuki czekali na mnie na Buli pod Rysami. Tam odpoczynek i leżakowanie w pełnym słońcu. Dalej już głównie łańcuchy. Po pół godzine ruszamy wyżej, taki reścik dał mi dużo bo już do szczytu trzymałem dobre tempo. Ilość ludzi tego dnia na szlaku była zatrważająca, prawie jak kolejka na Giewont. Chwilami obchodziliśmy łańcuchy, a tym samym omijaliśmy komitet kolejkowy. Zmierzwion wyrwał do góry niczym kozica, której zadek fotografował w piątek, zostawiając mnie i Łukiego daleko z tyłu.
Ten dzień był dobrym dniem - Łuki uniknął uderzenia w twarzoczaszkę kamieniem, który strąciła jakaś nieuważna pani 50 metrów nad nim (nikt oprócz mnie nie krzyknął że leci kamień, wszyscy tylko stali i patrzyli czy kogoś trafi), a ponadto dotarliśmy i zeszliśmy ze szczytu. Zmierzwion czekał na nas na górze jakieś 40 min, ale to z powodu kolejek, które mieliśmy do poszczególnych odcinków, gdzie niestety mieściła się tylko jedna osoba. Po drodze spotkaliśmy także miłego starszego pana z okolic Krakowa, który zawstydził nas niemiłosiernie, bo od momentu przekroczenia granic TPN'u nic nie pił, bo jak twierdził "jakby zaczął pić na początku to już do końca musiałby pić, a tak to teraz tak się zasuszył, że mógłby spokojnie wrócić na dół bez picia", a ponadto nie przejawiał żadnych oznak zmęczenia, w przeciwieństwei do nas, a był dwa razy starszy.... (ten wątek pozostawię bez komentarza). Same Rysy oblepione były ludźmi niemiłosiernie - z daleka wyglądały jak jeż.
Schodziliśmy już razem. Odpoczynek jak zwykle na Buli pod Rysami i tu będzie nawiązanie do tytułu tej części. Mieliśmy 2 niepełne źródła wody. Ze Zmierzwionym zrobiliśmy wymianę - on dał mi swoje kijki a ja mu dałem resztki wody. Łuki miał ze wodę w camelbacku ale też już na wykończeniu. Ruszyliśmy w dół. Zmierzwion, jak zwykle, wybiegł na przód tak że nie mogłem go dogonić. Z kolei Łuki schodził teraz wolniej i nie chciało mi się na niego czekać bo był jakies 20 min za mną. Ja w środku - bez wody... Woda 20 min przede mną w plecaku Zmierzwiona i woda 20 min za mną w plecaku Łukiego - dylemat: czekać czy biec w dół. Wybrałem to drugie i... dogoniłem Zmierzwiona w schronisku... po drodze chłeptając wodę z Czarnego Stawu, a potem z każdego źródełka, które ściekało gdzieś ze skał. To strasznie dziwne uczucie, kiedy chce się pić, przed tobą jest Morskie Oko, a Ty nie chcesz się z niego napić bo masz świadomość, że po drugiej stronie ludzie moczą tam nogi i, co jest bardzo prawdopodobne, sikają do niego!
Po dotarciu do schroniska spełniły się nasze najgorsze oczekiwania - stonka turystyczna zaatakowała... Ale w sumie to już nie było takie ważne, zdobyliśmy Rysy, zrobiliśmy odcinek Orlej Perci, przeszliśmy kawał niezłej drogi. Teraz pozostał już tylko powrót do rzeczywistości (chociaż powroty są fajne jak wiesz że czeka na Ciebie ukochana osoba:) ).
Epilog
Podsumowując weekendowy wypadzik w góry można śmiało powiedzieć że było świetnie. Pogoda była dla nas łaskawa - 2 dni słońca. Zmierzwion zabrał tylko teleobiektyw i wyczerpała mu się bateria po 1 dniu pobytu i fotografowaniu kozic, a nie zabrał ładowarki (chociaż to i tak jest postęp bo w skałki kiedyś w ogóle nie zabrał baterii). Marcello i Ricardo powysiadały kolana. Ja miałem odciski na stopach, które leczyłem przez kolejne 3 dni. A Grzegrzu? Grzegrzu pewnie miał po tej fasolce, którą zjadł w 5tce rozwolnienie i wiatry, ale do dzisiaj nie chce się przyznać, ale my i tak wiemy... ;)


















Świetna relacja Kochanie! i piękne zdjęcia :)
OdpowiedzUsuńp.s. zawsze będę czekać :*
Bardzo ladny reportazyk maznoles jestem z Ciebie dumny. Rozumiem, ze bloga moga czytac dzieci i Zmierzwion wiec pominoles nie cenzuralne slowa, ktorych uzylem po tym jak nie omal dostalem w czaszke kamieniem:)
OdpowiedzUsuńPs. Masz szczescie, ze nie czytalem wczesniej tego wpisu bo za te wiatry dyndal bys na sciance do wieczora;)
Haha łukasz szydra ;-) ciekawe dlaczego? Fajne foty. Lady Sz.
OdpowiedzUsuńW końcu obejrzałem przynajmniej część Twoich zdjęć z tamtego wypadu... ;)
OdpowiedzUsuńW tej powieści, bardzo pięknie zresztą skleconej - cóż za kunszt i pióro ;P brakuje kilku wątków pobocznych: marznące tyłki pod 5-tką, dzielne dziewczęta stawiające swe pierwsze kroki w górach ... na Koziej Przełęczy (dosłownie i w przenośni :-) - Ty idź, a ja Ci będę nogi ustawiać 8-), krew lejąca się z nosa i inne - no ale w tym momencie ta historia osiągnęła by rozmiary trylogii, więc to już opowieści na kolejne posty ...
OdpowiedzUsuń