piątek, 30 marca 2012

O wpinaniu się „ze szczeny”, czyli o lizaniu liny słów kilka

Otóż moi mili, tym tekstem chciałbym zagaić i niniejszym ogłosić cykl postów, w których najzwyklej w świecie po sobie jedziemy, aczkolwiek, nie w sposób ordynarny i chamski, ale w sposób wykwintny, elegancki i tak aby osoba, która bohaterem posta się stanie nie poczuła się obrażona. Skłoniło mnie do tego wydarzenie, które miało miejsce na ścianie jakiś czas temu, którego nie byłem niestety naocznym świadkiem, jednakże zostało mi dość dobrze opisane i streszczone, a że moja wyobraźnia granic nie uznaje, więc nie miałem problemu z dokładnym zobrazowaniem i projekcją wspomnianej sytuacji. Rzecz tyczy się jednego z Nas – Zmierzwiona. Zmierzwion jest bardzo barwną postacią wśród moich znajomych (jakże kolorowych i niepospolitych), jednakże można by go przyrównać do pawia (łac. Pavo cristatus) pośród szarych gołębi (bez urazy moi drodzy! J ). Niezwykle barwną postacią jest z kilku względów,  mianowicie: na wyjazdach wszelakich spędza 50% swojego życia, 25% przesypia, 20% nie wiem co robi, a 5 % zajmuje się pracą. Ot taki typ. W dzisiejszych czasach pogoni za dobrami materialnymi i chęcią posiadania jest to niełatwe, a jednak udaje mu się ta sztuka.. Jak? Za ch... (pewnie myśleliście, że wstawiłbym tu brzydki wyraz określący męskie przyrodzenie, ale nie - chodziło o cholerę oczywiście ;P ) nie wiem! No ale cóż, jakoś muszę z tym żyć i spędzać 50% swojego życia w pracy :/ Ponadto Zmierzwion ma jeszcze kilka innych cech takich jak umiejętność zabrania lustrzanki nie wziąwszy uprzednio do niej baterii, umiejętność zabrania nienaładowanej lustrzanki, odnajduje także radość w robieniu zdjęć ptaków (zapisał się nawet na kurs ornitologiczny), pstrykaniu zadków kozic i innych ciekawych tematów. Ale ostatnio, Zmierzwion ukazał swą kolejną cechę, nieujawnioną do tej pory czyli wpinanie się „ze szczeny”. Pewnie ciekawi Was bardzo na czym cecha ta polega. Otóż polega ona na tym, że wisząc nad ostatnim przelotem w bardzo niewygodnej pozycji do wpięcia i nie mając możliwości wyciągnięcia liny techniką tradycyjną czyli ręką, Zmierzwion czyni do szczęką, a konkretnie zębami i ruchem posuwistym ciągłym wybiera linę niczym lew rozrywający antylopę na strzępy. Z dołu wygląda to bardzo zagadkowo, padają pytania, a wręcz nawoływania w stronę Zmierzwiona typu: „Nie żryj tej liny tylko się wspinaj!” lub „Chodź Zmierzwion na dół, my tu mamy jakieś jedzenie to Ci damy!”. Inni po prostu patrzą z rozdziawioną paszczą co też Zmierzwion wyprawia. Tak oto pokazał on (red. Zmierzwion) swoją kolejną i unikalną cechę na skalę, myślę że przynajmniej wojewódzką ;) Tak sobie myślę, że może wynikać to z faktu, że lubi lizać linę… ot tak sobie podgryźć co nieco w trakcie wspinania. Jednak brnąć dalej tym tropem zaczynają się pojawiać myśli co najmniej niesmaczne, a wręcz fekalne i nasuwa się pytanie – co jeśli przyjdzie nam się wspinać na własnej i będziemy mieć do dyspozycji friendy, tricamy czy hexy?! Chciałoby się powiedzieć „Pożyjemy – zobaczymy”, ale w tym konkretnym przypadku, chyba wolałbym pozostać tylko na „Pożyjemy” :) Bo skoro z liną potrafi robić takie rzeczy to ja już się boję nawet sobie wyobrazić co potrafi zrobić z innymi akcesoriami używanymi przy wspinaniu. Mam nadzieję, że Zmierzwion nie poczuje się urażony tym tekstem, gdyż osobiście pałam do niego ogromną sympatią i dobrze mi się z nim wspina, szczególnie kiedy z aptekarską precyzją krzyczy do mnie wisząc 10 metrów nad ziemią „Daj 30 cm luzu!”, a ja się zastanawiam, jednocześnie wydając luz, ile to jest 30 cm na 70-metrowej linie, a po chwili słyszę „Kurwa nie tyle!”… Ehhh :)
 
I na koniec mała refleksja: Jakże szare byłyby nasze wyjazdy gdyby nie nasze odpały! I to chyba dlatego, mimo tego że nikt z nas nie łoi (jeszcze) dróg powyżej VI.1, to tak dobrze nam wspina bo każdy z nas ma swoje odchylenia :)

Z górskim pozdrowieniem!
Szydera

PS. Pewnie czujecie swego rodzaju rozczarowanie, bo tytuł taki zagadkowy i chwytliwy, a tekst... hmmm no cóż ;P

PS2. Powyższy tekst ma zmusić Zmierzwiona do napisania w końcu swojego posta :D

czwartek, 22 marca 2012

Ostatni taki weekend w Tatrach

Przyszła chyba pora, abym i ja coś od siebie tutaj przyskrobał, a więc do dzieła!


Prolog


To był początek września roku pańskiego 2011. Pomysł weekendowego wypadu w Tatry zrodził się w naszych głowach już dużo wcześniej, więc niewiele myśląc, poczyniliśmy starania i zanim się obejrzeliśmy siedzieliśmy już w autobusie z Wawy do Zakopca... a właściwie siedziałem ja, bo reszta pojechała dzień wcześniej, a jeden z nas dojechać miał w sobotę rano samochodem. Noc w autobusie, siku na Shellu o 2 w nocy, szybki sen i 7 rano melduję się na dworcu PKS w Zakopcu, gdzie czeka na mnie Marcello. Zakupy w Tesco i migiem do Palenicy, gdzie miła Pani górlaską gwarą informuje nas, że możemy zostawić auto za 40 zł na ile chcemy. Szybkie przepakowanie i ruszamy na szlak. Oczywiście, jako że był to pierwszy weekend września, a w dodatku ciepły i słoneczny, ludzi więc było dostatek, a że ani ja ani Marcello nie przepadamy za zbyt dużą ilością ludzi na szlaku chciliśmy czym prędzej dostać się do Schroniska w Piątce, gdzie czekała reszta składu. Odbicie przy Wodogrzmotach i już chowamy się w cieniu drzew na szlaku prowadzącym do 5tki. Piękne słońce, rześkie górskie powietrze, szybki baton, banan i kanapka z pasztetem z widokiem na grzbiet Wołoszyna i tak oto zielony szlak doprowadza nas do schroniska, gdzie meldujemy się w okolicach godz. 10. Przed schroniskiem witają nas Łuki i Ricardo - Zmierzwion pobiegł (dosłownie) do Mok'a z misją "załatwić miejsce do spania w najbardziej popularnym schronisku w Tatrach, ale i tak to się nie uda bo szczęśliwcy miejsca zabookowali jakies 4 miesiące temu..." Ale pobiegł :) I nawet wrócił ok. 11:00. I tak oto skład wesołej drużyny był pełny, a wyglądał mniej więcej tak:




Dzień 1 "OP 2011"


Po krótkim odpoczynku w schronisku, przepakowaniu plecaków i posiłku energetycznego w postaci szarlotki tatrzańskiej (chyba najlepszej w całych Tatrach) ruszamy. Cel: Zawrat - Kozia Przełęcz - Kozi Wierch - Przełęcz Krzyżne - Schronisko. Ambitnie jak na pierwszy wypad, ale co tam - czasu jest niewiele,  człowiek się starzeje i po prostu w pewnym momencie należy już zacząc biec;) Jeszcze zanim rozpoczęliśmy marsz to wydawało nam się że cel jest jak najbardziej osiągalny, a wyśmienita pogoda i słońce jeszcze umacniały w nas to przekonanie. Na początku szło nam nieźle, ale później już było pod górkę i to dosłownie (w końcu góry...). Średnio przespana noc w autobusie, szybkie dojście do schroniska, brzuchy i kilka innych czynników obnażyły nasze słabości i już wtedy wiedziałem że jeśli uda mi się zrealizować cel numer jeden - patrz dojść w miarę dobrym stanie na przełęcz Zawrat to już będzie całkiem nieźle.


Na szczęście wszelkie trudny i znoje wynagradzały piękne widoki, które zdawały się pięknieć wraz ze wzrostem wysokości. Dawno nie miałem w Tatrach tak pięknej pogody!


Wraz ze wzrostem wysokości tym też więcej ludzi, którzy zakłócali mi widoki. Ale cóż, góry są dla wszystkich. My zapewne też zakłócaliśmy komuś widoki. Dotarliśmy na Zawrat w dwóch grupach: pierwsi doszli Zmierzwion i Grzegrzu a potem Marcello, Ricardo i ja.


Na przełęczy szybki posiłek, kilka zdjęć i uciekamy czerwonym, jednokierunkowym szlakiem w stronę Koziego Wierchu. I tu bardzo miłe zaskoczenie, bo w porównaniu do szlaku prowadzącego z 5tki na Zawrat, można powiedzieć że jest pustawo i w trakcie naszej wędrówki tym zacnym odcinkiem Orlej Perci spotykamy niewiele osób. A jeśli już to są to pojedyncze sztuki, ewentualnie przemieszczające się parami.


Idzie się świetnie, łańcuchy w górę, w dół, znowu w górę i w dół, słońce, które cały czas przyjemnie przygrzewa. Nie stwierdzamy jakichś większych trudności technicznych, trzeba po prostu przywyknąć do przestrzeni bo ekspozycja w niektórych miejsca jest spora. Łańcuchy w kilku miejscach faktycznie ułatwiają wędrówkę, ale gdyby ich nie było to też dalibyśmy radę. Co innego podczas złej pogody, deszczu i przy śliskiej skale - wtedy są faktycznie niezbędne i dają poczucie jakiegoś bezpieczeństwa. No i jest to raczej szlak dla bardziej doświadczoncyh turystów.




Docieramy to tego dziwnego kamienia, który stoi nad Zamarłą Turnią i nie wie chyba czy ma już się przechylić i spaść czy jeszcze warto tu chwilę postać...



Dnia ubywa, a my docieramy powoli dopiero do Koziej Przełęczy. Po krótkiej naradzie dochodzimy do wniosku, że z przełęczy zejdziemy żółtym szlakiem do schroniska, a resztę drogi, którą na dziś zaplanowaliśmy, zrobimy przy innej okazji. Jeszcze tylko strome zejście w dół drabinką (robi wrażenie, ale nie z powodu jej położenia, ale bardziej przez to że się trochę rusza i w sumie nie wiadomo czy przypadkiem nie odpadniesz od ściany razem z tą drabinką w rękach) i już jesteśmy na szlaku prowadzącym do schroniska.


Po drodze mijamy jeszcze kilku wspinaczy, którzy działają w rejonie Zamarłej Turni. Zmierzwion i ja wpadamy na pomysł, żeby trochę szybciej dotrzeć do schroniska (patrz podbiec i to chyba był jednak pomysł tylko Zmierzwiona a ja go nieopatrznie podchwyciłem) i spróbować załatwić jakieś miejsce do spania na podłodze. I to był głupi pomysł... Dlaczego? A już wyjaśniam. Po pierwsze - w trakcie biegu obtarłem sobie nieprzyzwyczajone do trekkingowych butów stopy, po drugie - pośpiech poszedł na marne bo i tak spaliśmy w krzakach pod schroniskiem, a po trzecie i chyba najbardziej przykre - uśiadomiłem sobie, że w dziesięciostopniowej skali, moja kondycja plasuje się na poziomie gdzieś pomiędzy -2 a -3... Ale są i dobre strony - straciłem tyle płynów, że wlanie w siebie 4 browarów nie było problemem (w normalnych warunkach na poziomie 0 m n.p.m. wypijam 2 i jestem pełny).


Wieczór w schronisku upłynął na miłych rozmowach o górach, przy piwku, bigosie i fasolce, a zwieńczony został lodowatym prysznicem z którego nawet zimna woda nie chciała lecieć. Pobudkę zaplanowaliśmy na 5 rano (sic!), gdyż musieliśmy się przedostać do Morskiego Oka, a stamtąd na główny cel naszej wyprawy - RYSY :)


Dzień 2: "Rysy - czyli jak nie umrzeć z pragnienia"


Pobudka o 5 rano. Ubieranie, pakowanie i wszyscy byliśmy gotowi do wymarszu o 6. Dopiero teraz zobaczyliśmy że byliśmy wśród jakiejś setki ludzi, która spała wokół schroniska, w kosówce, na ławkach wyniesionych ze schroniskowej jadalni itd...


Ruszyliśmy niebieskim szlakiem przez Świstówkę. Za plecami zostawiliśmy Dolinę Pięci Stawów Polskich, wczorajszą wędrówkę odcinkiem OP, a po lewej przez cały czas towarzyszył nam masyw niedostępnego dla turystów Wołoszyna.


Przed nami MOko... gwar, hałas, krzyczące dzieci, japonki (chodzi rodzaj klapków), opasłe brzuchy wywiezione tutaj przez konie, wycieczki, szał i ogólny amok turystyczny! Brzmi mało zachęcająco, ale jednak trzeba czasem zacisnąć poślady i wziąć niektóre rzeczy na klatę. Po dojściu na Świstową Czubę witają nas pierwsze promienie słońca i widok na Dolinę Roztoki o poranku.


W trakcie drogi, już na etapie zejściowym do asfaltu, konstrukcja nośna w postaci jednorazówki, autorstwa Zmierzwiona nie wytrzymuje ładunku i ten z pomocą Łukiego zbiera ze szlaku pogubione pomidory, snikersy i inny temu podobny prowiant. Dzięki temu wysuwam się na prowadzenie, mijam kilka osób i jako pierwszy z ekipy docieram do MOka. Po chwili za mną dobijają nasi szlakowi zbieracze - Zmierzwion i Łuki. Zamawiany śniadanie - ja marzyłem całą drogę o parówkach z musztardą i teraz to marzenie się spełnia! Siedzę w schronisku, piję ciepłą herbatę i spożywam parówki z musztardą i chlebem z masłem :) W międzyczasie dochodzą Marcello i Ricardo. I tu smutna wiadomość - obydwoje mają problemy z kolanami i muszą zrezygnować z wypadu na Rysy. Marcello decyduje się na zejście i powrót do Krakowa, a Ricardo postanawia poszwędać się po okolicy i powygrzewać na słońcu. Na placu boju pozostajemy więc we trójkę. Przepakowujemy plecaki i ruszamy czerwonym szlakiem, prowadzącym w stronę Czarnego Stawu pod Rysami. Tempo mamy niezłe - wyprzedzamy większość. Obchodzimy Czarny Staw szybkim tempem i zaczynamy piąć się w górę. Zmierzwion jako pierwszy, zostawił nas daleko w tyle. Na początku z Łukim trzymaliśmy równe tempo, ale potem i on wyrwał do przodu i zostałem sam.


Podejście od Czarnego Stawu do Buli jest monotonne - po lewej Żabi Szczyt, Tomkowe Igły a po prawej Kazalnica, Mięgusze i Wołowy Grzbiet. Zmierzwion i Łuki czekali na mnie na Buli pod Rysami. Tam odpoczynek i leżakowanie w pełnym słońcu. Dalej już głównie łańcuchy. Po pół godzine ruszamy wyżej, taki reścik dał mi dużo bo już do szczytu trzymałem dobre tempo. Ilość ludzi tego dnia na szlaku była zatrważająca, prawie jak kolejka na Giewont. Chwilami obchodziliśmy łańcuchy, a tym samym omijaliśmy komitet kolejkowy. Zmierzwion wyrwał do góry niczym kozica, której zadek fotografował w piątek, zostawiając mnie i Łukiego daleko z tyłu.


Ten dzień był dobrym dniem - Łuki uniknął uderzenia w twarzoczaszkę kamieniem, który strąciła jakaś nieuważna pani 50 metrów nad nim (nikt oprócz mnie nie krzyknął że leci kamień, wszyscy tylko stali i patrzyli czy kogoś trafi), a ponadto dotarliśmy i zeszliśmy ze szczytu. Zmierzwion czekał na nas na górze jakieś 40 min, ale to z powodu kolejek, które mieliśmy do poszczególnych odcinków, gdzie niestety mieściła się tylko jedna osoba. Po drodze spotkaliśmy także miłego starszego pana z okolic Krakowa, który zawstydził nas niemiłosiernie, bo od momentu przekroczenia granic TPN'u nic nie pił, bo jak twierdził "jakby zaczął pić na początku to już do końca musiałby pić, a tak to teraz tak się zasuszył, że mógłby spokojnie wrócić na dół bez picia", a ponadto nie przejawiał żadnych oznak zmęczenia, w przeciwieństwei do nas, a był dwa razy starszy.... (ten wątek pozostawię bez komentarza). Same Rysy oblepione były ludźmi niemiłosiernie - z daleka wyglądały jak jeż.




Schodziliśmy już razem. Odpoczynek jak zwykle na Buli pod Rysami i tu będzie nawiązanie do tytułu tej części. Mieliśmy 2 niepełne źródła wody. Ze Zmierzwionym zrobiliśmy wymianę - on dał mi swoje kijki a ja mu dałem resztki wody. Łuki miał ze wodę w camelbacku ale też już na wykończeniu. Ruszyliśmy w dół. Zmierzwion, jak zwykle, wybiegł na przód tak że nie mogłem go dogonić. Z kolei Łuki schodził teraz wolniej i nie chciało mi się na niego czekać bo był jakies 20 min za mną. Ja w środku - bez wody... Woda 20 min przede mną w plecaku Zmierzwiona i woda 20 min za mną w plecaku Łukiego - dylemat: czekać czy biec w dół. Wybrałem to drugie i... dogoniłem Zmierzwiona w schronisku... po drodze chłeptając wodę z Czarnego Stawu, a potem z każdego źródełka, które ściekało gdzieś ze skał. To strasznie dziwne uczucie, kiedy chce się pić, przed tobą jest Morskie Oko, a Ty nie chcesz się z niego napić bo masz świadomość, że po drugiej stronie ludzie moczą tam nogi i, co jest bardzo prawdopodobne, sikają do niego!


Po dotarciu do schroniska spełniły się nasze najgorsze oczekiwania - stonka turystyczna zaatakowała... Ale w sumie to już nie było takie ważne, zdobyliśmy Rysy, zrobiliśmy odcinek Orlej Perci, przeszliśmy kawał niezłej drogi. Teraz pozostał już tylko powrót do rzeczywistości (chociaż powroty są fajne jak wiesz że czeka na Ciebie ukochana osoba:) ).


Epilog


Podsumowując weekendowy wypadzik w góry można śmiało powiedzieć że było świetnie. Pogoda była dla nas łaskawa - 2 dni słońca. Zmierzwion zabrał tylko teleobiektyw i wyczerpała mu się bateria po 1 dniu pobytu i fotografowaniu kozic, a nie zabrał ładowarki (chociaż to i tak jest postęp bo w skałki kiedyś w ogóle nie zabrał baterii). Marcello i Ricardo powysiadały kolana. Ja miałem odciski na stopach, które leczyłem przez kolejne 3 dni. A Grzegrzu? Grzegrzu pewnie miał po tej fasolce, którą zjadł w 5tce rozwolnienie i wiatry, ale do dzisiaj nie chce się przyznać, ale my i tak wiemy... ;)


środa, 21 marca 2012

Stwierdzam, że mamy jednak zbyt długie przestoje w radosnej twórczości i nasz blog traci dynamikę! Pozwolę sobie zatem opublikować mały przerywnik. Pisaliśmy dotąd o tym co robiliśmy na ściance, co w górach, a ja pozwolę sobie przytoczyć co się dzieje z szanownymi wspinaczami w międzyczasie. Dla przykładu, Szydera ma niezwykły talent do robienia swoim znajomkom niespodzianek. Ten uśmiech na zdjęciu powyżej doskonale to ilustruje. Otóż w ostatnich dniach nie uwierzycie, gdzie się natknęłam na Szyderę! Otóż centralnie POD MOIM BIURKIEM W PRACY! Dla tych, co nie wiedzą, pracujemy w jednej firmie, w pokojach nieopodal. Szydera, może Ty zamiast się wspinać zajmiesz się speleologią, skoro ciągnie Cię w takie klimaty jak włażenie do zakamarów ;) W każdym razie nieźle się przestraszyłam i było wesoło, za co jestem bardzo wdzięczna, bo to był nerwowy i dość ciężki dzień. Nie ma co, na chłopców z naszej ekipy można liczyć w różnych okolicznościach ;)

czwartek, 15 marca 2012

Pytanie o Góry!

Wiele osób zadaje mi pytanie po co mi te góry po co sie tam pcham. Na takie pytania zazwyczaj reagowałem swego rodzaju złością i spojrzeniem z pogarda na autora pytania. Jak można nie rozumieć po co chodzę w góry, przecież to oczywiste...
Zastanawiałem sie nad tym pytaniem od jakiegoś czasu i odpowiedź jednak taka oczywista nie była. Czy przypadkiem moja reakcja po usłyszenia tego pytania nie jest po prostu związana z tym, że nie znam odpowiedzi. Sęk w tym, że odpowiedzieć na pewne pytania w sposób zbyt prosty to albo zabrzmią zbyt trywialnie albo zbyt wzniośle i pompatycznie. Na pytanie po co chodzę w góry najlepiej odpowiem opowiadając co czuję będąc w górach. Po tym co napiszę poniżej wielu utwierdzi sie w przekonaniu, że chodzenie po górach jest dla masochistów i samobójców.  Jednak liczę też na małą grupę ludzi, którzy czytając ten wpis uświadomią sobie, że ich odczucia są zbieżne z moimi.
Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono.
Wiszę 30 metrów nad ziemią wpięty do asekuracji z ucha skalnego przy pomocy tasiemki szerokości gumki od majtek, teraz wydaje mi się, że jestem już bezpieczny. Pięć minut wcześniej trawersowałem po cienkiej półce skalnej, ostatni bezpieczny punkt asekuracyjny został jakieś dwa metry po mojej prawej stronie, jeżeli teraz odpadnę, jeżeli moje dłonie nie wytrzymają tego wysiłku, przelecę w sumie cztery metry w dół i zrobię wahadło jak w zegarze. Zakończę zabawę rozbijając się o skałę jak szmaciana lalka. Ze strachu i adrenaliny przedramiona i barki zaczynają sie naprężać, dłonie jeszcze mocniej zaciskają się na chwycie, łydki dociskają stopy do skały aby zwiększyć tarcie. W głowie mam mętlik myśli, żeby tylko nie spaść, powtarzam w myślach jak mantrę. Muszę wykonać jedną prostą operację sprzętową mam przełożyć tasiemkę przez ucho skalne spiąć karabinkiem i wpiąć swoja linę. To ucho jest wielkie i solidne wydaje sie to banalnie proste ale w momencie zagrożenia w sytuacji zupełnie dla mnie nowej pewność siebie i zaufanie do własnych sił gdzieś znikają. Pojawiają sie wątpliwości czy utrzymam się? Czy to ucho na pewno jest takie solidne? Co jak tu kurwa robie? To jest ten moment, oddech sie uspokaja, powraca pewność siebie, wiara we własną siłę drzemiącą w ramionach. Spocone dłonie osuszam w woreczku z magnezja, chwila ulgi dla dłoni i zaciśniętych mięśni. Po kilku chwilach wpinam karabinek, dopinam linę, zakładam stanowisko, wybieram linę i krzyczę do Szydery "możesz iść". Spokojnie obserwuję jak mój partner pokonuje te same trudności co ja kilka minut wcześniej. Ja mam to już za sobą mogę spojrzeć na piękny krajobraz doliny, która mnie otacza. Wraz ze strzałem adrenaliny uleciało ze mnie wszystko co negatywne i mącące obraz otaczającego Świata. Strach wyostrza zmysły tych chwil nigdy się nie zapomina.

Medytacja
To wielka frajda iść pod górę przez pięć czy sześć godzin, czuć jak mięśnie nóg najpierw powoli sie rozgrzewają a po kolejnych godzinach zalewają kwasem mlekowym. Czuć jak dwudziesto kilogramowy plecak powoli zaczyna przybierać na wadze a zajebiście nowoczesny system nośny nazwany przez producenta "air cos tam..." zaczyna wrzynać sie w ramiona jak zrobiony z rzemyków. Zaczynasz w myślach przeklinać swoja głupotę bo po co było brać ten dodatkowy polar. Wspaniale widoki, o których myślałem jadąc na tą wyprawę juz nie maja takiego wielkiego znaczenia bo wzrok jest utkwiony w kamienne schody, które z każdym krokiem są coraz bardziej strome. Jeżeli jest lato to słońce grzeje bez litości a woda w butelce kończy się zawsze za szybko, jeżeli zawitałem w góry zimą to mróz i wiatr nie pozwolą zapomnieć jak miło by było teraz móc wślizgnąć się do ciepłego śpiwora. I to jest ten moment dostaje to po co szedłem tyle czasu, całkowita pustkę w głowie i spokój w duszy. Mięśnie są na skraju wyczerpania, umysł pracuje w stanie oszczędzania energii, poza myślą o kolejnym ruchu nie pojawia sie przed oczami nic więcej, nerwy nie odbierają żadnych bodźców zewnętrznych bo muszą kontrolować to co dzieje sie z ciałem. Stan całkowitego oderwanie od materialnego otaczającego mnie Świata...medytacja.

Proste odpowiedzi nie zawsze są najlepsze tak jak łatwe drogi nie dają największej satysfakcji. Te wszystkie przeżycia i wrażenia nie były by nic warte gdyby nie ludzie, z którymi je dzielę ale to już temat na następny wpis:)

wtorek, 13 marca 2012

Czas zacząć! A zatem do rzeczy. Oczywiście opiszę to tak, jak ja pamiętam, zresztą inaczej się chyba nie da. Chłopcy uzupełnią swoimi postami. 

Szydera pod koniec lata 2010 roku, a może wczesną jesienią, poczuł nieodpartą potrzebę napierania, ale nie za bardzo miał z kim. Kiedyś na korytarzu w pracy w rozmowie z nim napomknęłam, że byłam na ściance kilka razy, w sumie fajny sport, ale nie mam jeszcze butów. Od tej pory Szydera systematycznie przypominał mi, że nie czas na nowe kiecki albo inne takie duperele, ale na zgrabne i boleśnie przymałe buty wspinaczkowe. Szczerze mówiąc nie wiedziałam, jak się do tego zabrać, ale w końcu nabyłam  je drogą kupna, posiłkując się telefonicznymi wskazówkami Przema z Krakowa. 

Już zresztą nie było wyjścia, bo w międzyczasie zapisaliśmy się z Szyderą na kilkunastogodzinny kurs na ściance na Nowowiejskiej, którego nie było sensu robić w topornych trampkach. Zakupu dokonałam dosłownie godzinę przed kursem i stojąc przy kasie dotarło do mnie, że koleś, który kupował identyczne buty, wydaje mi się jakoś dziwnie znajomy. Jedno pytanie i już wszystko jasne - "Hej, czy my przypadkiem nie idziemy dziś na ten sam kurs wspinaczkowy na Nowowiejskiej?". Zmierzwiony chyba jednak nie ma aż tak dobrej pamięci do twarzy jak ja, bo wyglądał na mocno zaskoczonego pytaniem, ale po chwili ustaliliśmy, że jesteśmy w tej samej grupie u Adama Mosiejko i jak widać takie szczegóły, jak zorganizowanie sobie butów do wspinania zostawiamy na ostatnią chwilę. Po zmaganiach z przymierzaniem butów ruszyliśmy pędem na Nowowiejską. 

W naszej 5-osobowej grupie byłam ja, Szydera, Zmierzwiony, Łuki i Rysiek. Kto by pomyślał, że brygada przetrwa tyle czasu! Na pewno nie Adam, który kiedyś stwierdził, że rzadko kiedy ludzie z kursów trzymają się później razem. Nam się udało, myślę, że głównie dzięki ambicji Szydery oraz entuzjastycznym sms-om i telefonom od Zmierzwionego z przypomnieniami o naszych spotkaniach na ściance. 

Kurs rozpoczęłam od małego wypadku przy niespodziewanym odpadnięciu Szydery. Wciągnęło mi rękę do kubka, zabolało i z zamkniętymi oczami, przyciśnięta do ściany krzyknęłam do Szydery, żeby się tam do cholery czegoś złapał i odciążył linę. Więcej wypadków nie odnotowaliśmy podczas całego kursu.

Początki jak widać były trudne...dwie wpinki i człowiek musiał odpocząć (czasem nawet się zdrzemnąć ;)


Szydera i Zmierzwiony niejednokrotnie na tym samym levelu walczyli z materią.


A co poniektórym wspinanie na początku rąbało się z baletem.


 Master niestrudzenie prezentował spragnionym techniki kursantom rozmaite sztuczki. 


Generalnie 200% koncentracji!

Czasem fakt, mogliśmy stać trochę bliżej ściany asekurując partnera wchodzącego z dołem, tudzież ubezpieczać go, ale co tam... mieliśmy dużo wiary, że przecież świetnie sobie poradzi!

Ale wątpliwości nie ma, wyciskaliśmy z siebie siódme poty!

Wielkie podziękowania dla naszej fotoreporterki Gosi, dzięki której te wspominki można opatrzyć adekwatnymi fotkami.

niedziela, 11 marca 2012

Witam wszystkich NAPIERACZY i młodych zdobywców gór! Grzegrzu, dla Ciebie szacun, że zacząłeś działać :) Na dobry początek publikuję fotkę zawodnika, który jako pierwszy wstawił się, w naszej grupowej karierze, w prawdziwą skałę!